Loading presentation...

Present Remotely

Send the link below via email or IM

Copy

Present to your audience

Start remote presentation

  • Invited audience members will follow you as you navigate and present
  • People invited to a presentation do not need a Prezi account
  • This link expires 10 minutes after you close the presentation
  • A maximum of 30 users can follow your presentation
  • Learn more about this feature in our knowledge base article

Do you really want to delete this prezi?

Neither you, nor the coeditors you shared it with will be able to recover it again.

DeleteCancel

Make your likes visible on Facebook?

Connect your Facebook account to Prezi and let your likes appear on your timeline.
You can change this under Settings & Account at any time.

No, thanks

GÓRNY SLASK jako region turystyczny

praca semestralna na geografię
by

Helenka Mezik

on 11 April 2013

Comments (0)

Please log in to add your comment.

Report abuse

Transcript of GÓRNY SLASK jako region turystyczny

JAKO REGION TURYSTYCZNY GÓRNY ŚLĄSK O CZYM MOWA? Nie oszukujmy się - Górny Śląsk nie jest postrzegany jako region turystyczny. Nawet jeśli nazwiemy Katowice miastem ogrodów, nikt nie przyjedzie tutaj na dwutygodniowy urlop. Śląsk ma jednak niezaprzeczalny atut - ogromną rzeszę amatorów turystyki jednodniowej czy weekendowej. Kilkugodzinne wypady nad wodę czy w inne miejsce o walorach przyrodniczych są tutaj normą. Śląsk to także teren o największym w kraju zagęszczeniu ciekawych obiektów: muzeów, starych zamków i pałaców, zabytków techniki. GEOGRAFIA GÓRNEGO ŚLASKA TERYTORIUM REGIONU NA PRZESTRZENI WIEKÓW

Pierwotnie granicą regionu był dział wodny Górnej Odry. Poza Śląskiem pozostawał Bytom leżący w dorzeczu Wisły (kasztelania bytomska należąca do Małopolski). Granica z Małopolska biegła rzekami Białą, Wisłą, Przemszą i Liswartą. W XV wieku część dawnych ziem małopolskich zostało wykupionych od Piastów śląskich (poza kasztelanią bytomską). W 1443 roku biskup krakowski kupił księstwo siewierskie, w 1457 roku księstwo oświecimskie odkupił król Kazimierz Jagiellończyk, a w 1494 roku król Jan Olbracht odkupił księstwo zatorskie. Obecnie na południowym wschodzie granicą jest rzeka Biała – dawna granica między dawnymi diecezjami: wrocławską i krakowską. Dalej granica Górnego Ślska biegnie skrajnymi szczytami. Na wysokości miast Czechowice-Dziedzice, Pszczyna i Bieruń rzeką graniczną jest Wisła (do ujścia Przemszy), nastepnie Przemsza. W Górnośląskim Okregu Przemysłowym granicą jest Brynica.
Na zachodzie granicą historyczną jest dawna granica księstwa nyskiego i księstwa brzeskiego z górnośląskim księstwem opolskim. Następnie granica biegła rzeką Stobrawą na północny wschód z Kluczborkiem i Byczyną po stronie dolnoślskiej.
Na skutek pruskich reform administracyjnych z 1815 r. utworzono dla wschodniej części prowincji Śląsk nową jednostkę administracyjną w postaci rejencji opolskiej, przyłączajac do niej także część powiatów związanych historycznie z Dolnym Śląskiem. W 1818 roku włączono do rejencji opolskiej dolnośląskie powiaty: nyski i grodkowski, a w roku 1820 powiat kluczborski. MIEJSCA, KTÓRE TRZEBA ZOBACZYĆ: W BĘDZINIE: KULTURA GÓRNEGO ŚLĄSKA LITERATURA

Śląscy autorzy piszą swoje dzieła w języku niemieckim, czeskim, polskim i w słowiańskich dialektach śląskich oraz pisali też w jezyku łacińskim i w dialekcie śląsko-niemieckim.
Literatura polska na Górnym Śląsku rozwijała się najbujniej od połowy XIX, aczkolwiek już w 1612 roku wydano napisane po polsku dzieło Walentego Roździeńskiego pt. "Officina ferraria abo huta y warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego".
Literatura pisana na Ślasku w dialekcie niemieckim lub górnośląsko-niemieckim swój wielki rozwój miała na początku XIX w. i XX wieku. Jako jeden z pierwszych górnośląskich pisarzy, którzy pisali w dialekcie śląsko-niemieckim był Karl Heinrich Tschampel, później do tego grona dołączyli Franz Hoffmann-Aulen, Marie Klerlein, ale najbardziej znany spośród pisarzy, poetów górnośląskich był Johannes Reinelt o przydomku filozof z lasu (niem. Philo vom Walde), który napisał wiele wierszy, opowiadań, używając górnośląsko-niemieckiego dialektu. Natomiast w przemysłowej części Górnego Śląska powstały humorystyczne anegdoty: "Moczigemba und Wodgurka", albo "Antek und Franzek" pisane gwarą górnośląska. Literatura śląska skupiona jest głównie na dziejach Górnego Śląska (szczególnie na pierwszej połowie XX wieku). Skupiano się głównie na problemach tożsamościowych, wysiedleniach czy repatriacji. W tym czasie tworzył na przykład Horst Bieniek.
Po 1989 roku zapanowała moda na ponowne odkrywanie tożsamości. Wiele książek poświęconych zostało dziejom miast i wsi, a także etosowi pracy czy życiu codziennemu mieszkańców Śląska. Pojawili się autorzy piszący wyłącznie lub w dużej mierze po śląsku (Marek Szołtysek, autor wielu książek o Śląsku). Pojawiły się także naukowe dzieła o Ślązakach.
Wielu śląskich poetów pisało (np. Rafał Wojaczek) i pisze wiersze po polsku (np. Marta Fox), jednak występuje (nielicznie) także poezja pisana po śląsku (np. Karol Gwóźdź). CO TO ZNACZY „GÓRNY ŚLĄSK”?

ŚLĄSK, GÓRNY, pojęcie geograficzne i historyczne od XV w.;
w XV-XVII w. obejmował księstwa: opolskie, raciborskie, cieszyńskie, karniowskie, opawskie i pszczyńskie;
w XIX-XX w. – pod zaborem pruskim; wschodnia część wróciła do Polski w roku 1922 (woj. śląskie), a całość w 1945r. (Encyklopedia Popularna PWN, Warszawa, 1993). PODZIAŁ ADMINISTRACYJNY I HISTORYCZNY

Górny Śląsk leży w obrębie dwóch polskich województw: śląskiego i opolskiego oraz w obrębie czeskiego kraju morawsko-śląskiego.
Obecny podział Śląska ukształtował się w wyniku 3 austriacko-pruskich wojen śląskich w XVIII w. (granica południowa) oraz wojen XX w., II wojny światowej i polsko-czeskiego konfliktu o Śląsk Cieszyński (granica południowo-wschodnia). UKSZTAŁTOWANIE POWIERZCHNI

Górny Śląsk leży w Niżu Środkowoeuropejskim (z wyjątkiem Beskidów Zachodnich oraz Wyżyny Śląskiej). Rozciągaja się tu od południa następujce makroregiony: Beskidy Zachodnie, Pogórze Zachodniobeskidzkie, Kotlina Oświęcimska, Kotlina Ostrawska, Wyżyna Śląska, Nizina Śląska, Sudety Wschodnie i południowa część Przedgórza Sudeckiego.
Najwyższym szczytem w czeskiej części Górnego Śląska jak i na całym Górnym Śląsku jest góra Pradziad o wysokości 1492 m n.p.m. znajdująca się w Jesonikach, natomiast najwyższym szczytem w polskiej części Górnego Śląska jest Barania Góra – 1220 m n.p.m., znajdująca się w Beskidzie Śląskim. KUCHNIA ŚLĄSKA

Kuchnia górnośląska należy do kuchni środkowoeuropejskich i w związku z tym charakteryzuje się wysoką kalorycznością potraw. Spożywało się tu potrawy zbożowe takie jak kasze i pieczywa oraz potrawy mączne takie jak kluski, pierogi, zupy, zawiesiste sosy. Przez wieki mieszały się tu kuchnie: polska, czeska (np. oblaty) i niemiecka. Spożywane były tutaj potrawy typowo górnośląskie, jak i potrawy także równocześnie wystepujące w Małopolsce i Wielkopolsce (np. golonka, makówki). W drugiej połowie XX wieku popularność zyskały dania pochodzące z polskiej kuchni kresowej (placki ziemniaczane, pierogi z serem, barszcz czerwony, bigos). Występuje też zróżnicowanie nazewnicze, np. pampuchy, które w Wielkopolsce określa się pyzami, które z kolei co innego oznaczają na Górnym Śląsku. Dania mięsne są zazwyczaj przyrządzane z wieprzowiny, drobiu. Dawniej popularne było mięso królików, z których robiono karminadle.
Często spotykanym zjawiskiem jest przypisywanie Ślązakom jako dania regionalnego rolady wraz z kluskami śląskimi i modrą kapustą. Popularnymi dawniej zupami były wodzionka, żur ślaski i moczka. STROJE LUDOWE

Śląskie stroje kobiece różnią się w zależności od regionu, a nawet poszczególnych miast i wsi, z jakich pochodzą. Sposoby ubierania wzajemnie przenikały się wraz z przemieszczaniem się ludności w XIX i XX wieku. Mieszkanki Śląska zaczęły także dostosowywać swoje stroje do mody miejskiej, co zmieniło wygląd stroju jeszcze bardziej. Generalnie Ślązaczka mogła ubrać się na trzy sposoby:
•kiecka, zopaska, kabotek i wierzcheń
•kiecka, zopaska i jakla
•kiecka, zopaska, kabotek i merynka (chusta)
Strój męski składa się z szaketu, westy (kamizelki), białej koszuli, jedwobki (jedwabnej chustki) lub szlajfki (wstążki), galot (spodni) lub bizoków (spodni prasowanych na kant) oraz szczewików (butów). Na głowie Ślązak nosił hut, czyli kapelusz. Strój mężczyzny obecnie nazywa się ancugiem, nazwa ta kojarzona jest głównie z garniturem. Jednak niewielu ludzi pamięta, że w dialekcie śląskim słowo ancug oznacza ogólnie strój męski jak i żeński.
Stroje ludowe z obszaru Górnego Śląska:
•strój cieszyński
•strój pszczyński
•strój raciborski
•strój rozbarski (górzański)
•strój Jacków jabłonkowskich
•stroje Górali śląskich
•strój Lachów śląskich W BYTOMIU: W BLACHÓWCE: W CHECHLE: W CHORZOWIE: W CHUDOWIE: PECHOWY PRZECHODZIEŃ

Choć będzińskie zamczysko przetrwało niezliczone wojny, największym zagrożeniem dla jego istnienia nie stały się armie obcych, krwawych najeźdźców, lecz przypadkowy, miejscowy przechodzień. Gdy w 1825 roku mieszkaniec Będzina przechodził pod zrujnowaną już budowlą, spadł na niego duży fragment muru zabijajc nieszczęśnika na miejscu. Władze z Olkusza nakazały więc definitywną rozbiórkę do fundamentów. Na szczęście tryby biurokracji już wówczas obracały się powoli i zanim polecenie wykonano, zapadły zupełnie inne decyzje. Od tego czasu zamek w Będzinie jest już pieczołowicie chroniony. Pierwszą restaurację zabytku przeprowadzono w 1834 roku planując umieszczenie tam szkoły górniczej. Kolejne próby odbudowania ruiny podjęto tuż po pierwszej wojnie światowej, ostatecznie prace zakończyły się w 1956 roku - wtedy obiekt przejęło Muzeum Zagłębia w Będzinie.
Warowna budowla stała na tym wzgórzu od zawsze: przede wszystkim za sprawą lokalizacji - przebiegały tędy handlowe szlaki z zachodu na wschód (Wrocław - Kraków), obronie sprzyjało pobliskie położenie rzeki Czarna Przemsza. Gród istniał już w wieku IX, pierwsze duże zniszczenie tego obiektu często przypisuje się Tatarom (w 1241 roku), co jednak współczesne badania poddały w wątpliwość. Osadnictwo na wzgórzu sięga czasów dużo wcześniejszych - wykopaliska wykazały, że mieściła się tu osada kultury łużyckiej - już w VII wieku przed Chrystusem. Pierwszym wymienionym z imienia zarządcą zamku był niejaki Wiernek (lub Wiernko) urzędujcy w roku 1349. Dziewić lat później zakończono prace nad budową zamku murowanego, co wiązać należy z tworzeniem przez Kazimierza Wielkiego linii obronnej przed atakami ze Śląska i Państwa Czeskiego. Ale już wcześniej, w drugiej połowie wieku XIII wzniesiono kamienną, trzydziestometrow wieżę - dokładnie tę samą, z której dziś przez lunetę ogldać możemy panoramę okolicy. BURZLIWE DZIEJE

Gdy w 1616 roku w Będzinie wybuchł wielki pożar, spalił się i zamek. Choć odbudowano go dość szybko, po czterdziestu latach znów spłonął - tym razem za sprawą działań zbrojnych w czasie szwedzkiego potopu. Szwedzi zburzyli także część budowli. Dewastowany przez najeźdźców obiekt opasany był już wówczas trzema murami, chroniły go też potężne wały ziemne. Mury będzińskiego zamku widziały wiele historycznych postaci, miały tu miejsce istotne wydarzenia. W 1364 roku przebywał tu cesarz niemiecki Karol IV, w 1574 - Henryk Walezy, w 1683 - Jan II Sobieski, w 1696 - August II Mocny, w 1797 - Stanisław August Poniatowski. W murach tych zawarto pakty będzińsko - bytomskie, na mocy których Maksymilian Habsburg zrzekł się pretensji do polskiego tronu.
W swoich burzliwych dziejach zamek pełnił rolę szpitala, przez trzy lata - od 1840 roku funkcjonowała tu kaplica ewangelicka, w której nabożeństwa odprawiał przyjeżdżający z Tarnowskich Gór pastor. Swój historyczny epizod mają w miejscu tym także Żydzi: na przełomie XVIII i XIX wieku przed zamkiem wzniesiono synagogę oraz łaźnię żydowską. Obiekty te upamiętnia dziś obelisk ku czci Żydów zamordowanych przez hitlerowców w 1939 roku - obie budowle wówczas zburzono. Nic dziwnego, że na emeryturze zamek prezentuje wszystko to, co bezpośrednio lub pośrednio związane jest z jego militarną historią. Prawdziwe skarby znajdą w nim miłośnicy dawnej broni - kolekcja jest bogata, dobrze przygotowana i pięknie eksponowana. W oczy rzuca się skompletowana w całości pikinierska zbroja pochodząca z pocztku XVII wieku oraz zbroja kopijnika z Włoch datowana na końcówkę wieku XVI. Ciekawymi eksponatami są dwa monstrualnie długie, dwuręczne miecze piechoty z Europy Zachodniej (XVI wiek). Jeśli chodzi o dawne militaria - od XVI do XX znajdziemy tu zresztą niemal wszystko. Prezentowane są wszelkie techniki: od najprostszych po subtelne rozwiązania związane z zapłonem broni palnej, przeróżne (także wyjątkowo bogate i cenne) wykonania oraz zastosowania: bojowe, ćwiczebne, paradne oraz do polowań.
Są i perełki z Japonii - gwiaździsty hełm samuraja z XVIII wieku, strzelba lontowa i broń biała oraz wyposażenie wojowników z Afryki. Druga ze stałych wystaw poświęcona jest historii zamku oraz miasta. Oglądamy więc rekonstrukcje budowli, pochodzący z epoki średniowiecza hymn do świętej Katarzyny zapisany na pergaminie, dawne mapy, fotografie, dokumenty (także te najstarsze - sygnowane przez cechy rzemieślnicze Będzina). Na zamku dostaniemy jeszcze jedną bezcenn pamiątkę - panoramiczny widok okolicy z zamkowej wieży; czasem też - towarzystwo dyżurnego miejskiego gołębia. Choć niegdyś wieża - donżon liczyła sobie aż 30 metrów, dziś spoglądamy z wysokości metrów dwudziestu: to efekt dziewiętnastowiecznej przebudowy. Zamek jest siedzibą Bractwa Rycerskiego Zamku Będzin czyli znanej w kraju i za granicą grupy rekonstrukcyjnej, odbywają się tu coroczne strzelania z broni czarnoprochowej oraz pneumatycznej, mury upodobali sobie także miłośnicy muzyki celtyckiej organizujcy festiwale. Zamek jest kluczowym miejscem w czasie obchodów dni miasta. Prócz wspomnianych wystaw stałych Muzeum organizuje także ekspozycje czasowe; można zamówić również lekcje muzealne dla szkół - na przykład o średniowiecznych budowlach obronnych, życiu rycerstwa lub będzińskich legendach. ZAMEK W BĘDZINIE GÓRA PEŁNA SREBRA

Rezerwat Segiet zlokalizowany jest na Srebrnej Górze. Choć słowa "góra" użyliśmy może na wyrost (to tylko 347 metrów nad poziomem morza, z boku zaś teren ten wygląda raczej jak rozległy pagórek), to "srebrna" jest całkowicie uzasadniona. W ciągu wieków wydobywano tu nie tylko srebro kruszcowe, ale i galen - tak zwany błyszcz ołowiu - pospolity minerał, w składzie którego dominuje ołów z domieszk srebra oraz galman - rud z duż zawartości cynku). W XVIII wieku pod górą przebiegały chodniki kopalni "Fryderyk". Zrządzeniem losu, w miejscu gdzie mieściło się XIV -wieczne centrum wydobywcze dziś mamy rezerwat buków. Po górnikach zostały jednak liczne ślady: bardzo dokładnie zobaczyć można tak zwane warpie - podobne do niewielkich wulkanów kopce powstałe w miejscach dawnych szybów. REZERWAT SEGIET Warpie nazywane są też pinami; jeden z tarnogórskich terenów zielonych powstały na miejscu kopalni nosi nazw "Piny" - na warpiach powstał też główny tarnogórski Park Miejski. Ale "Segiet" to przede wszystkim buki - drzewa które potrafią stworzyć prawdziwie niesamowitą, bajkową atmosferę. Buki na Srebrnej Górze liczą sobie po 120 - 150 lat. Szczyt wzniesienia porasta buczyna karpacka, towarzyszy jej czarny bez, jawor i jarzbina. Na północnym zboczu dominuje buczyna kwaśna niżowa, rosną tam ponadto bez czarny, bez koralowy i jawor. Pozostały obszar zajmuje buk zwyczajny (lub inaczej pospolity) czyli fagus sylvatica dający twarde, mocne drewno szczególnie cenione przez lutników i stolarzy, także producentów parkietów. Z nasion buka uzyskuje się olej. Rezerwat daje schronienie licznym zwierzętom: żyjące tu ptaki to: pokrzewka czarnołbista, ziba, rudzik, kos, świstunka oraz sikora bogatka. Płazy reprezentują: traszka grzebieniasta, jeziorkowa i trawna, ropucha szara, zaś gady: jaszczurka zwinka, jaszczurka żyworódka, padalec oraz żmija zygzakowata. Podobnie jak na pozostałych terenach Ziemi Tarnogórskiej mieszkają tu i ssaki: kuna, tchórz, dzik, sarna, nornica ruda, ryjówki: aksamitna i malutka, zbiełka. WIELKI KANION

Srebrną Górę rozkopywano w poszukiwaniu cennych rud: pobliski teren nazwany Blachówką - jeszcze nie tak dawno eksploatowano, by uzyskać dolomit. Ten potrzebny do produkcji materiałów ogniotrwałych czy nawozów rolniczych surowiec rozpoczęto wydobywać w tym miejscu nieco ponad 100 lat temu. Kamieniołom zakończył prac w 1990 roku. I tak jak w rezerwacie "Segiet" na miejsce pozostawione przez człowieka natychmiast wkroczyła przyroda. Na potężnym kilkudziesięciometrowym zboczu wyrosły liczne drzewa iglaste, wnętrze doliny (nazywanej przez miejscowych wielkim kanionem) także zagospodarowały drzewa i krzewy. Widok w dół przepaści zapiera dech w piersiach: trzeba jednak zachować ogromną ostrożność - zdarzały się tam już śmiertelne wypadki. Na pewno nie jest to też dobre miejsce do wspinaczki: skała dolomitowa jest bowiem krucha.
Na dnie rozpadliny znajduje się zabezpieczone stalową kratą wejście do dawnych górniczych wyrobisk. I znów - jak przed wiekami - korytarz tętni życiem, choć teraz już nie człowiek jest tam gospodarzem. Chodniki upodobały sobie bowiem nietoperze. Mieszka ich tam aż 8 gatunków: nocek duży, nocek Natterera, nocek rudy, nocek Brandta, nocek wsatek, mroczek późny, gacek brunatny i gacek szary. Blachówka jest miejscem zamieszkania płazów, są tam miejsca lęgowe ptactwa. Spotkać można jaszczurki zwinki, zaskrońce i żmije. Występują tam rośliny prawnie chronione: dziewięćsił bezłodygowy i lilia złotogłów. Dlatego Blachówka od 1993 roku posiada status stanowiska dokumentacyjnego przyrody. Samo stanowisko obejmuje powierzchni 6 hektarów, choć - jeśli wziąć pod uwag cały obszar dawnej kopalni - możemy doliczyć się ich 24. DOLOMIT SPORTOWY

Jeszcze na terenie dawnego kamieniołomu, choć nieco bardziej na wschód mieści się ośrodek Dolomity Sportowa Dolina. Wiele wątpliwości podczas budowy całorocznego obiektu sportowego budziło jego sąsiedztwo z rezerwatem. Trzeba jednak przyznać, że połączenie krajobrazu Blachówki i możliwości zjeżdżania na nartach czy snowboardzie to całkiem udana kombinacja. Odbywają się tu liczne zawody, dostępny jest stok dla narciarzy i łączka o niewielkim nachyleniu dla początkujących amatorów białego szaleństwa. Na honorowym miejscu, tuż przy wjeździe na parking - jako pamiątkę rodowodu tego obszaru - ustawiono górniczy wózek do wywożenia urobku. Na miejscu wypożyczyć można sprzęt narciarski. Czynna jest restauracja. Obiekt posiada znaczną liczbę miejsc parkingowych. W rezerwacie Segiet rozpoczyna swój bieg szlak turystyczny zwany segieckim, a oznaczony kolorem czarnym. Jego łączna długość to 12 kilometrów, wiedzie dalej przez Kopalni Zabytkow, tarnogórski rynek, Puferki aż do Pniowca. Zbocza Srebrnej Góry upodobali sobie także fani rowerów górskich, choć tak naprawdę to miejsce ciekawe dla każdego. MUZEUM GÓRNOŚLĄSKIE W BYTOMIU MUZEUM PRAWDZIWE

Jeżeli jest gdzieś na świecie wzorzec solidnego, prawdziwego muzeum, to znajduje się on właśnie w Bytomiu. Może stało się tak za sprawą liczących ponad sto lat doświadczeń, a może dzięki profesjonalnemu podejściu do przestrzeni: główne wystawy eksponowane są w budynku z trzeciej dekady XX wieku projektowanym specjalnie na potrzeby muzealnictwa. Jest więc sporo miejsca (ciasnota to wszak zmora polskich muzeów) a warunki pozwalają na rozwinięcie skrzydeł w wielu pokrewnych dziedzinach. Zaczęło się jednak skromnie - powstałe w 1910 roku towarzystwo Beuthener Geschichts- und Museumsvereins (Bytomskie Towarzystwo Historyczno - Muzealne) pokazało publiczności to, co miały w swoich zbiorach dwie osoby: nauczyciel Kurt Bilmer (z dzisiejszego Chorzowa) i kupiec Simon Macha oraz to, co magistrat znalazł w swoich zbiorach. Cały wiek pracy bytomskiego muzeum nie poszedł na marne: dziś mamy tu liczącą ponad 50 tysięcy tomów bibliotekę, imponujący dorobek wydawniczy, działalność kulturalną obejmującą koncerty, wykłady, lekcje dla dzieci, przede wszystkim zaś - bogatą pracę naukową. Choć przy tak wszechstronnej działalności trudno mówić o jednym, wyraźnie określonym profilu, Muzeum Górnośląskie kojarzy się przede wszystkim ze zbiorami archeologicznymi oraz przyrodniczymi. Kolekcja archeologiczna to niemal trzysta tysięcy eksponatów stanowiących największy tego typu zbiór zwizany z historią Górnego Śląska od paleolitu. Zbiory przyrodnicze są równie imponujące, samych owadów jest 350 tysięcy, muzeum dysponuje licznymi, obfitymi zielnikami. Przyroda pokazywana jest tu jednak w ujęciu dynamicznym: większość okazów zwierząt widzimy w ich naturalnym środowisku, nie tyle w gablocie, co na zakomponowanym tak jak w prawdziwym życiu stanowisku - lis przynosi w pysku upolowanego właśnie ptaka, kormoran rozpościera skrzydła w szuwarach, bobry zaś zastanawiają się nad nowym dziełem inżynierii wodnej. GÓRNOŚLĄSKIE HISTORIE

Targi, jarmarki, odpusty, Polowe i domowe prace jesienne, Świta Barbara, Targi, jarmarki, odpusty, Zwyczaje wiosenne, Pierwsze prace wiosenne, Zaduszki, Stroje jesienno - zimowe, Andrzejki, Czas wolny od pracy, Górnictwo, Instrumenty muzyczne górniczych orkiestr dtych, Ludowa rzeźba w drewnie - postacie patronów, Mikołaje, Tkactwo i drukowanie tkanin, Hafty i koronki, Wigilia w Beskidzie Ślskim, Koldnicy, Ostatni dzień roku, Ostatki - takie działy obejrzymy w części poświconej historii Górnego Śląska. Szczególnie polecamy stanowiska ukazujące kompletne pokoje dawnych izb wiejskich: duże wrażenie robi kuchnia, która wygląda tak, jak gdyby jej gospodarze opuścili pomieszczenie tylko na chwilę: każdy detal jest na swoim miejscu - żelazko z duszą zdaje się czekać na rękę gospodyni i solidne prasowanie. Polecamy także zbiory związane z górnictwem: są lampy, pojemnik na używane pod ziemią materiały wybuchowe czy obuwie dawnego pracownika kopalni. Szczególną uwagę radzimy zwrócić na wizerunki świętej Barbary - czczonej nie tylko przez górników, ale całe pokolenia śląskich rodzin. Zmarła około 305 roku patronka górników, żołnierzy, marynarzy i więźniów odznaczała się wyjtkow urodą; na obrazach widzimy ją najczściej w królewskim stroju, z palmą męczeństwa (lub zwycięstwa), kielichem lub mieczem - często w tle widać wieżę z trzema okienkami, w której ojciec zamknął upartą Barbarę. Posągi świętej to obowizkowy element w każdej, także współczesnej kopalni. Cała ekspozycja nosi tytuł "Z życia ludu śląskiego XIX - XX wieku" OD GIERYMSKIEGO DO REKSIA

Muzeum Górnośląskie nie jest miejscem, w którym wystarczy być jeden raz. Nie tylko dlatego, że zbiory są ogromne, nie tylko dlatego że często miejsce mają tu wydarzenia kulturalne, lecz także ze względu na różnorodność prezentowanych eksponatów. Trzecią kondygnację zajmują bowiem galerie, gdzie każda wizyta przynosi oglądajcemu coś nowego. Mikołaj Smoczyński, Tomasz Ciecierski, Leon Tarasewicz, Edward Dwurnik, Marek Sobczyk, Stefan Gierowski, Ryszard Grzyb, Paweł Kowalewski, Jarosław Modzelewski, Tomasz Tatarczyk, Andrzej Szewczyk to niektóre nazwiska twórców, których prace wystawiono w Galerii Sztuki Współczesnej Muzeum Górnośląskiego. A jest jeszcze kolekcja Galerii Malarstwa Polskiego, która zainteresuje nie tylko miłośników sztuk pięknych, bo doskonale ilustruje historię sztuki ostatnich dwustu lat poprzez dzieła rodzimych mistrzów pędzla. Największe nazwiska obecne w Bytomiu to: Józef Chełmoński, Wojciech Gerson, Leon Wyczółkowski, Stanisław Wyspiański, Józef Szermentowski, Aleksander Gierymski, Jacek Malczewski, Maurycy Gottlieb, Piotr Michałowski, Artur Grottger. Ale wystawy stałe to tylko część tego, co można w Muzeum zobaczyć - często zmieniające się ekspozycje czasowe to także doskonała propozycja dla gości. O ile wystawy stałe znajdują swoje miejsce w wielkim gmachu przy placu Sobieskiego, o tyle czasowe często obejrzymy w małym pałacyku będącym onegdaj własnością starostwa powiatu bytomskiego datowanym na przełom XVIII i XIX wieku. I - jak mówi reklamowy slogan Muzeum Górnośląskiego - nie tylko trzeba tam być. Tam trzeba bywać. ZABYTKOWE ŚRÓDMIEŚCIE BYTOMIA CZAS BYTOMIA

Bytomskie czasy to huśtawka wzlotów i upadków; z jednej strony miasto zawsze stanowiło centrum administracyjne i kulturalne dla całej okolicy, z drugiej - nie oszczędzały go przeróżne kataklizmy. Na obliczu Bytomia widać mnóstwo blizn i zadrapań. Z jednej strony widzimy przepiękne kamienice, jak chociażby te przy ulicy Jainty oznaczone numerami 12 i 18. Urokliwa jest zwłaszcza narożna osiemnastka - budynek z 1902 roku autorstwa Konrada Segnitza - eklektyczny, z elementami secesji. Są i malownicze wille oraz budynki użyteczności publicznej z czasów pruskich. Warta obejrzenia jest więc poczta przy ulicy Piekarskiej nawiązujca do francuskiego renesansu. Pochodzący z pocztku XX wieku budynek opatrzono licznymi płaskorzeźbami o tematyce pocztowej oraz innymi elementami ozdobnymi przedstawiającymi fantastyczne zwierzęta. Równie fantastyczne zwierzę - bytomski śpiący lew rozłożył się na rynku. Brązowy odlew był niegdyś elementem pomnika poświęconego pamięci żołnierzy pochodzących z Bytomia i okolic, poległych w czasie wojny francusko - pruskiej (1870 - 1871). Gdy monument rozebrano w pierwszej połowie XX wieku, zwierzę trafiło - już jako samodzielny element dekoracyjny do miejskiego parku, po czym - w latach stalinowskich - kompletnie zaginęło. Odnaleziono je dopiero w 2006 roku w... warszawskim ZOO, zaś w następstwie sporej awantury medialnej, w którą mieszkańcy Bytomia zaangażowali się bardzo aktywnie - wróciło na bytomski rynek. ŻYCIE W SKALI RICHTERA

Z drugiej jednak strony gołym okiem widać zabytki zdewastowane, pozbawione opieki. Niemały udział ma w tym górnicza przeszłość miasta. W czasach największego rozkwitu przemysłu wydobywczego działało w Bytomiu 11 kopalń, wydobycie prowadzono zaś bezpośrednio pod miastem. Jeszcze w latach osiemdziesiątych sejsmografy notowały w Bytomiu kilkaset (!!!) wstąrzsów tektonicznych rocznie, z czego kilkanaście było wyraźnie - a czasem boleśnie - odczuwanych przez ludzi. Czasem komuś w mieszkaniu przewróciła się meblościanka, czasem zawalił się budynek, zaś szklanki dźwięczce w kuchennych szafkach były normą życia bytomskiego. Budynki walą się w mieście do dziś - bywa i tak, że wysiedla się po kilkadziesiąt osób jednocześnie, zaś widok rozpołowionego domu nie należy tutaj do rzadkości. Projektowany w czasach średniowiecznych układ miasta także ucierpiał na szkodach górniczych, rynek był niegdyś znacznie mniejszy, obecny kształt uzyskał w właśnie w wyniku wyburzeń. Ogromną tragedię przyniósł już wcześniej miastu rok 1945, kiedy to w wyniku działań żołnierzy Armii Czerwonej spłonął - wraz z całym zabytkowym kwartałem ratusz, pałac w Miechowicach oraz wspaniały neorenesansowy pałac Karola Goduli w dzielnicy Szombierki. Zwiedzanie Bytomia przypomina więc raczej wędrówkę po pozostałościach miasta, choć pereł architektury znajdziemy tam bardzo wiele - niektóre świecą pełnią blasku, inne znajdują się w różnym stopniu rozkładu. SZTUKA PRZYSZŁOŚCI

Jedną z wielkich dziur w tkance miasta wypełniło centrum handlowe Agora - przyznać trzeba, że wkomponowano je bardzo ciekawie - tuż obok neogotyckiego kościoła Świętej Trójcy. Imponująca świątynia z sześćdziesięciometrową wież posiada bogato rzeźbiony ołtarz (z wizerunkiem Ducha Świętego unoszącego się nad Bytomiem) oraz interesujące. Miasto posiada zresztą wiele starych świątyń i dwa cmentarze - żydowski i katolicki: Mater Dolorosa. Warto przejść się też na ulic Moniuszki, by zobaczyć klasycystyczny gmach Opery Śląskiej - budynku wzniesionego specjalnie na potrzeby występów artystycznych. Zabytkami techniki są w Bytomiu dworzec kolejowy z krytymi peronami oraz zespół Elektrociepłowni Szombierki. Właśnie z Bytomia wyrusza zabytkowa kolejka wąskotorowa do Miasteczka Śląskiego. Wiele z wymienionych miejsc prowadzi działalność kulturalną. Agora ma własną galerię sztuki, w industrialnym otoczeniu elektrociepłowni odbywają się festiwale: Festiwal Sztuki Wysokiej, Gala Mozartowska czy Festiwal Teatromania. Tak jak na ulicach Bytomia widać często nienaturalne dziury po wyburzonych domach, tak samo przyszłość miasta wydaje się być pełna przeróżnych, niebezpiecznych luk. Czsto mówi się o ujemnym przyroście naturalnym w mieście i ucieczce mieszkańców. Nie ustają spory - często nader ostre - w sprawie odszkodowań związanych ze szkodami górniczymi. Nie da się jednak ukryć, że w Bytomiu kultura kwitnie: niezależnie od tego, kiedy przyjedziemy do miasta - zawsze trafimy na jakiś festiwal, cały zestaw dobrych wystaw, zawsze możemy liczyć na dobre przedstawienie Opery Śląskiej czy Śląskiego Teatru Tańca. Być może zegary zaczęły odmierzać kolejną zmianę w dziejach miasta - rozkwit po latach upadku. Aby to stwierdzić, trzeba jednak udać się do Bytomia samemu. REZERWAT ŻABIE DOŁY BERMUDY CZY MAZURY?

Skojarzenie z Bermudami narzuca się samo: kiedy wpadniemy w trójkąt midzy Bytomiem, Chorzowem a Piekarami, czujemy się jak przeniesieni w czasie i przestrzeni. Kilkaset metrów do jednej z najbardziej ruchliwych tras komunikacyjnych Górnego Śląska, kilkaset metrów od przerabiającego niegdyś na dużą skalę metale ciężkie kombinatu Orzeł Biały. W środku zaś - nieprawdopodobna enklawa przyrody: 226 hektarów natury. Kiedyś przez miejsce to przebiegała droga między Panewnikami a Piekarami: dziś trakt ten - po zapadnięciu się gruntu - leży pod wodą. Jest i inna trasa - kolejowa, przejechały tędy miliony ton węgla ze śląskich kopalń. Była i wąskotorówka - jej tory w części rozkradziono, w części zasiliły zbiory skansenu w Rudach Raciborskich. Z historycznych pozostałości wymienić należy jeszcze umocnienia bojowe rejonu panewnickiego - schrony i bunkry. Od XII wieku w miejscu tym wydobywano wpierw rudy cynku i ołowiu, później - węgiel kamienny, przez stulecia służyło ono jako wysypisko odpadów przemysłowych. Nic dziwnego, że gdy na teren ten w początkach lat osiemdziesiątych wkroczyli przyrodnicy, przecierali ze zdumienia oczy - spodziewali się zastać tylko zapadliska, hałdy i nieużytki z całą tablicą Mendelejewa. Znaleźli eksplozję zielonego piękna. Od 1997 Żabie Doły są zespołem przyrodniczo - krajobrazowym, o status ten starali się ornitolodzy i członkowie towarzystwa "proNatura". Było warto: obszar ten zamieszkuje dziś bowiem ponad 120 gatunków ptaków, z czego ponad 70 to ptactwo lęgowe, czyli takie, które zakłada tu gniazda. FOTOGRAFICZNE ELDORADO

Mieszkają na Żabich Dołach: pójdźka, remiz, piegża, potrzos, trznadel, perkoz rdzawoszyi, bk (gatunek zagrożony wyginiciem), makolgwa, łabędź niemy, cyraneczka, błotniak stawowy, pustułka, rudzik, słowik rdzawy, siewaczka rzeczna, uszatka, czajka i pokrzywnica oraz wiele innych gatunków: jednym słowem - jedna trzecia wszystkich występujących w kraju gatunków. Sporo jest i innych zwierząt, spotkać można lisa, kunę, tchórza, gronostaja, łasicę, ryjówkę, powszechne są zające, wieczorem bez trudu zaobserwujemy nietoperza. Wśród wędkarzy okupujących kilka zbiorników wodnych nietrudno usłyszeć opinię, że piękniej tu niż na Mazurach. Jeżeli udamy się na Żabie Doły z aparatem fotograficznym, na pewno będziemy mieli co robić. Już na samym początku drogi - od strony bytomskiego osiedla Arki Bożka przywitają nas łabędzie. Lepiej jednak zachować ostrożność, bo są ptasie rodziny bez problemu dopuszczające do siebie człowieka, ale są i agresywne. Właściwie każde odwrócenie głowy inspiruje fotografa - z jednej strony mamy malowniczą taflę wody z wystającym konarem, z drugiej - skarpę kamieniołomów, z trzeciej - ptaka o niespotykanym upierzeniu. Niegdyś było to ulubione miejsce wagarowiczów, dziś upodobali je sobie rowerzyści umawiajcy się na spotkania i przyjeżdżajcy z wielu stron całego Śląska. Czasem odbywaj się tu lekcje przyrody - w pobliskiej szkole opracowano nawet specjalny scenariusz takich zajęć w bezpośrednim kontakcie z żywą naturą. Dwoma ze stawów zarządza Związek Wędkarski, władze Chorzowa ustawiły przy wjeździe betonowe blokady, by zapobiec zaśmiecaniu zespołu przyrodniczo - krajobrazowego. Na Żabich Dołach spotkać można Straż Miejską z Bytomia - swój pojazd lepiej więc zostawić poza wyznaczonymi granicami. Z DOŁU DO GÓRY...

I wizyty strażników, i blokady dziwić nie powinny: na Żabich Dołach trwa wojna z liczącą wiele dziesięcioleci tradycją wysypywania odpadów. A jest o co walczyć - trwają starania o uznanie tego obszaru za rezerwat. Może wtedy miejsce to stanie się bardziej znane - nawet ci mieszkańcy Bytomia, którzy interesuj się przyrodą często nie zdają sobie nawet sprawy z istnienia Żabich Dołów. Nie trafimy tu ze zorganizowaną wycieczką, nie dostaniemy hamburgera w barze szybkiej obsługi. Aby dostać się na Żabie Doły będziemy musieli poświęcić sporo energii; wymaga jej zresztą także sama wizyta. Pobieżne przejście najważniejszych elementów zespołu to co najmniej trzy kilometry spaceru. Jeżeli ktoś obejrzeć chce teren dokładnie - musi liczyć się z konieczności przejścia około dwudziestu kilometrów. Żabie Doły to fenomen: z jednej strony znalazły tu dom liczne zwierzęta gromadzące się wokół zbiorników wodnych powstałych w latach trzydziestych i pięćdziesitych dwudziestego wieku. Agresywnej, industrialnej działalności człowieka nie sposób tu jednak nie zauważyć - idziemy często nie po ziemi, lecz pozostałościach żużla, trafiaj się kawałki szlaki z hut księcia Donnersmarcka. Tu i ówdzie widać resztki betonowych i stalowych instalacji, nade wszystko zaś - rzucają się w oczy szkody górnicze: miejsca w których ziemia zapadła się kilka metrów niżej. Zgodnie z tym wzorcem ukształtował się też krajobraz: sielskim obrazkom natury towarzyszy bowiem często widok komina czy całego zakładu przemysłowego w oddali. KOLEJKA WĄSKOTOROWA OSTATNIE OCZKO W SIECI

Każda z polskich kolejek wąskotorowych jest wyjątkowa: ta ma najmniejszy rozstaw torów, inna całe lata stanowiła jedyną nić łączcą jakieś miasto z resztą świata, jeszcze inna - woziła wyłącznie drewno z lasów do tartaku. Górnoślską wyróżnia nie tylko to, że jeździ już nieprzerwanie od ponad 150 lat będąc najstarszą linią na kontynencie, ale także to, że stanowiła niegdyś element potężnego systemu. Była kolejką przemysłową - służąc transportowi dóbr na potrzeby fabryk i hut; nie bez znaczenia była w ich życiu także sfera wydobycia kopalin służcych budownictwu. Śląskie rosbanki woziły ludzi do pracy, zaś ich sieć - w szczytowym momencie rozwoju (lata pięćdziesiąte XX wieku) obejmowała niemal ćwierć tysiąca kilometrów tworząc gigantyczny trójkąt między Miasteczkiem Śląskim, Mysłowicami a Raciborzem. Gdyby nie kilkunastu zapaleńców tworzących Stowarzyszenie Górnośląskich Kolei Wąskotorowych już w tym miejscu ta opowieść mogłaby się zakończyć, bo linia między ich miastem a Miasteczkiem Śląskim podzieliłaby los setek kilometrów żelaznego szlaku. Część dawnych torowisk rozebrano, część rozkradziono, część gdzieś zniknła przy nowych inwestycjach drogowych czy przemysłowych. By kolejka mogła w ogóle ruszyć fanatycy z Bytomia wyremontować musieli dobrych kilka kilometrów torów; od podstaw - ze stanu zerowego - odbudowali pięćset metrów, całą resztę musieli gruntownie posprzątać i przygotować niezbędny osprzęt do działania kolejki. Nic więc dziwnego, że to Stowarzyszenie zostało operatorem linii - formalnie i zgodnie z prawem właścicielami są gminy: Bytom, Tarnowskie Góry oraz Miasteczko. W maju 2005 roku Stowarzyszenie uzyskało wymaganą licencję na przewożenie osób. Możemy więc dziś pochwalić się dwudziestoczterokilometową trasą turystyczną na torach o rozstawie 785 milimetrów (30 cali pruskich). ZA OKNEM

Mocno stron górnośląskiej wąskotorówki jest także trasa: bardzo urozmaicona i urokliwa. Najpierw oglądamy przemysłowy krajobraz Bytomia od jego najbardziej obudowanej torami strony - trasa wiedzie na wschód, w stronę Szombierek. Później pociąg przewozi nas w rejon historycznego wydobycia przeróżnych kopalin: na jego trasie wydobywano z ziemi niemal wszystko, co można w niej znaleźć. Mijamy kamieniołom Blachówka i świetnie prezentujący się zza okien wagoników rezerwat buków Segiet. Zaraz potem wjeżdżamy do kolebki górnośląskiego górnictwa gdy przed pociągiem zaczyna się pojawiać wieża wyciągowa zabytkowej kopalni w Tarnowskich Górach. Później jest kilka kilometrów jednego z największych w Europie węzłów kolejowych i kolejna zmiana pejzażu - wjeżdżamy we wspaniałe lasy tarnogórskie by minąć po drodze zalew Nakło - Chechło i wreszcie znaleźć się w Miasteczku Śląskim. Jest więc podróż wąskotorówką świetną metodą, by dostać się do najważniejszych atrakcji turystycznych okolic Tarnowskich Gór: kopalni (i zlokalizowanego tuż przy niej Skansenu Maszyn Parowych) czy odwiedzanego przez tysiące wycieczkowiczów zalewu. Z możliwości tej korzysta tak wiele osób, że czasem w pociągu może zabraknć miejsca, choć przypadki te nie są zbyt częste. TYCH WAGONÓW JEST ZE TRZYDZIEŚCI

Na początku składu wskotorówki najczściej widzimy rumuńską lokomotywę Lxd2, która w czasach swojej świetności radziła sobie bez problemu z wagonami o łącznej masie trzystu ton. Eksploatowane na linii midzy Bytomiem a Miasteczkiem lokomotywy wyprodukowano pod koniec lat sześćdziesiątych; ich oryginalne silniki Maybacha o mocy 450 koni mechanicznych zastąpiono mocniejszymi - 505 - konnymi. W bytomskiej lokomotywowni mieszka jeszcze kilka innych spalinowych pojazdów zdolnych pociągnć wąskotorówkę, jest też wagon motorowy. Stowarzyszenie dysponuje także dwoma parowozami, które czekają na naprawę. Jest i prawdziwy rarytas na kołach - wyprodukowana w 1912 roku wąskotorowa salonka - jedna z dwóch zachowanych do dzisiejszych czasów egzemplarzy (drugą posiada Muzeum Techniki w Berlinie). Wagon ten wciąż ma oryginalne wyposażenie. Obok wagonów przeznaczonych do wożenia pasażerów są i specjalnie przerobione na ich potrzeby "letniaki" - pojazdy pozbawione okien, idealne na upalne dni. Rowery turystów można przewieźć w wagonie towarowym. Oferta GKW jest bogata i elastyczna, bo oprócz kursów przewidzianych rozkładem jazdy możliwe jest wynajęcie całej kolejki o uzgodnionym wcześniej składzie wagonów: dokładnie według potrzeb klienta. Zwykłym kursem górnośląskiej wąskotorówki najlepiej przejechać się latem: zazwyczaj linia do Miasteczka uruchamiana jest na pocztku maja i działa do późnej jesieni. ZALEW NAKŁO NA PLAŻY

Choć okolice Tarnowskich Gór obfitują w najprzeróżniejsze atrakcje turystyczne tylko zalew jest w stanie zgromadzić tak wielu wypoczywających jednocześnie. Kilkadziesiąt tysięcy osób wokół całego akwenu w ciągu jednego weekendu - to wcale nie jest naciągany bilans. Jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w miejscu tym wydobywano piasek; jeśli udamy się na wschód - w stronę Pyrzowic - napotkamy eksploatowane jeszcze i dziś piaskownie. W 1968 zakończono kopanie piasku, teren w ciągu nastpnych kilku lat zrekultywowano i zalano wodą. Odpływ wód gruntowych był tak wielki, że do pobliskiego Chechła wodę musiano dowozić beczkowozami. Nic dziwnego - zbiornik mieści w sobie półtora miliona metrów sześciennych wody. Przyroda bardzo szybko objęła we władanie nowy akwen. Później, w latach siedemdziesitych zaczęto zagospodarowywać otoczenie zbiornika. Pojawiły się ośrodki wypoczynkowe zakładów pracy, później wyasfaltowano drog biegnącą dookoła akwenu, jeszcze później gromadnie pojawiły się budki z małą gastronomią oraz napojami. Dziś Chechło uzbrojone jest w pola namiotowe, setki domków kempingowych, wypożyczalnie kajaków i rowerów wodnych, jest nawet wydzielona (i ogrodzona) plaża dla naturystów. Dodatkow atrakcją jest możliwość dojechania z Bytomia - to odległość około 20 kilometrów - zabytkową kolejką wąskotorową, która kończy swój bieg w Miasteczku, by po postoju wrócić znów do Bytomia. Dotrzeć można nad Chechło na wiele innych sposobów, jednak przeważająca większość odwiedzających wybiera samochód i kilkuzłotową opłatę za wjazd - szkoda, że przewidziano dla nich tylko dwa parkingi - w upalną sobotę czy niedzielę to zdecydowanie zbyt mało. Jeśli ktoś zdecyduje się na dwukilometrowy spacer może dostać się nad wodę z Nakła - drogą przez las rozpoczynającą się od kościoła, mauzoleum rodu von Donnersmarck i alei lipowej. Głównym zajęciem turystów nad zalewem jest zażywanie kąpieli wodnych i słonecznych. SPACER NAD WODĄ

Choć przyrodnicy walory Zalewu Nakło - Chechło (tak jak autor książki "W leśnej dolinie Małej Panwii - Czesław Tyrol) określają jako mało atrakcyjny, trudno nie zachwycić się krajobrazem. Kilkukilometrowy spacer dookoła zbiornika działa relaksująco i dostarcza ciągle nowych panoramicznych widoków. Na wyspie mieszkają kaczki, remizy, jest ona także domem dla słowików. Musimy jednak pamitać, że wyspa to teren dla człowieka zakazany - wstępu bronią stosowne tablice z ostrzeżeniami, zaś niesfornych pływaków, kajakarzy czy rowerzystów wodnych bardzo szybko namierza policja. W sezonie wypoczynkowym zbiornik patrolują bowiem policyjne motorówki, zaś funkcjonariusze - niezależnie od ratowników na strzeżonych plażach - dbają o bezpieczeństwo. Okresowo pojawiaj się także tak zwane patrole weekendowe pilnujące porządku w pobliżu ośrodków i kempingów. Kiedy nad jeziorem panuje spokój, na jego wodach pojawiają się łabędzie. Do połowy lat siedemdziesiątych mieszkały tam także cietrzewie. Choć zlokalizowane na obrzeżach Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego jezioro może budzić podejrzenia, okresowe badania jakości wody nie pozostawiają żadnych wątpliwości - woda w Zalewie Nakło - Chechło jest czysta i mieści się w pierwszej klasie czystości. Średnia głębokość jeziora to 6 metrów - nadaje się więc ono także do nurkowania, udokumentowano zanurzenia do 7 metrów. Zdarzają się dość duże, kilkudziesięciometrowe wstęgi płycizn - jedna z nich wychodzi z cypla po północno - zachodniej stronie - widać ja wyraźnie na zdjęciach satelitarnych. Jezioro widzą też dokładnie pasażerowie samolotów lądujcych i startujących w pobliskich Pyrzowicach. W zachodniej części zalewu spotkać można wędkarzy, którzy twierdzą, że udaje im się złapać leszcze, karpie, liny czy płocie. Wiele osób wynajmuje domki kempingowe tylko po to, by w spokoju powędkować. WOKÓŁ LAS

Mimo, że las wokół jeziora chechlańskiego jest dość mocno zdewastowany, na pewno daje przedsmak wspaniałych ostępów lasów tarnogórsko - lublinieckich. Jeszcze lepiej jest oglądać zimowe otoczenie z wysokości sań: organizowane są tam bowiem kuligi. Od kilku lat - co jakiś czas - nad zalewem pojawiają się psie zaprzęgi. Jeśli trafimy na zawody, możemy podziwiać wytrzymałość i ducha walki czworonożnych zawodników gnających co sił w łapach do zlokalizowanej w leśnej przecince mety. Prezentowane poniżej fotografie pochodzą z zawodów psów husky. Dopiero w takich okolicznościach docenić można prawdziwy urok licznych ścieżek leśnych otaczających zbiornik. Otoczenie zalewu było tłem dla wielu różnorakich imprez: był krajowy zjazd caravaningu, wiele razy odbywały się zawody ratowników Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Przez cały rok nad jeziorem wynająć można domek letniskowy lub zatrzymać się w ośrodku. Z biegiem lat baza turystyczna staje się coraz bardziej profesjonalna i lepiej przygotowana do kolejnych sezonów, zaś gospodarze poszczególnych obiektów coraz lepiej radzą sobie z plagą przeszłości - różnorodnymi opakowaniami pozostawionymi przez gości. To znaczny postęp, bo jeszcze kilkanaście lat temu zdarzały się przypadki zranienia gołej stopy przez zardzewiałą puszką po konserwach. Obszarem zarządza Gminny Ośrodek Rekreacji ze Świerklańca, bo na terenie tej właśnie gminy znajduje się zalew. GÓRNOŚLASKI PARK ETNOGRAFICZNY 22 HEKTARY DAWNEJ WSI

Kiedy na pocztku lat pićdziesitych dwudziestego wieku podejmowano poważne, polityczne decyzje w sprawie Parku Kultury i Wypoczynku, w planach - midzy innymi - znalazło si muzeum etnograficzne. Jak wielka może być różnica midzy koncepcjami na papierze a rzeczywistości okazało si już wkrótce, bo decyzje o ostatecznym kształcie placówki podjto dopiero w 1959 roku. Powołano nie muzeum w budynku, lecz cały park etnograficzny na 22. hektarach w chorzowskiej czści parku. Przez pitnaście lat kształtowano teren, sadzono drzewa i krzewy, formowano stawy, przede wszystkim zaś - przenoszono z innych terenów całe budowle. Pierwszy (w 1964 roku) do Chorzowa przyjechał drewniany wiatrak datowany na pocztek XIX wieku: przywieziono go z okolic Pszczyny, z miejscowości Grzawa. Obiekt do dziś jest perełk zbioru: w czasach gdy pracował, cał konstrukcj można było obrócić w stron wiatru przy pomocy dyszla zwanego łogonem; wiatrak obracał si na rolkach przesuwanych wzdłuż szyny. Całość spoczywała na obmurowanej osi zwanej kozłem. Grzawski młyn jest też aktorem filmowym. Wystpił w poetyckiej realizacji reżysera Lecha Majewskiego - "Młyn i krzyż" - film jest przeniesieniem na ekran obrazu Breugla - "Droga Krzyżowa". Premiera dzieła odbyła si w 2011 roku. Gdyby nie biegnca tuż za wiatrakiem linia energetyczna, moglibyśmy odnieść wrażenie, że przenieśliśmy si w czasie. Odczucie takie może nas jednak w Parku Etnograficznym spotkać na każdym kroku - zadbano tu o autentyzm. Nie tylko dlatego, że tu i ówdzie można spotkać konie, owce, kozy (o licznych pszczołach w historycznych ulach nie wspominajc. Nie tylko dlatego, że chałupy i budynki gospodarcze za spraw przedmiotów życia codziennego sprawiaj wrażenie dopiero co opuszczonych przez gospodarzy. Głownie dlatego, że to wieś prawdziwa i kompletna. KOŚCIÓŁ Z ZATAPIANEJ WSI

Jest tu niemal, co naszym przodkom potrzebne było do życia. Domów mamy całe mnóstwo, ale jest i szkoła, karczma, pole uprawne, dobrze zagospodarowane ogródki. Ze szczegółami wcale nie jest gorzej: kwiaty w oknach, wyposażenie izb czy wystawy tematyczne pozostawiaj niewiele do życzenia. Może tylko tyle, że czasem udaje si wykryć przedmiot niezgodny z deklarowan na opisie epok. Ale wszystko tu działa, pracuje i służy ludziom. W karczmie można si najeść, w otoczeniu barci - skosztować miodu, lekcje muzealne odbywaj si w szkole: w dawnych ławkach, przy historycznej tablicy. Latem można także uczestniczyć w mszach, bo w samym środku skansenu stoi kościół. Osiemnastowieczna świtynia pod wezwaniem św. Józefa Robotnika do pocztku lat siedemdziesitych służyła mieszkańcom podraciborskiej wsi Nieboczowy, do Chorzowa trafiła w roku 1995. Nieboczowy oraz pobliska Ligota Tworkowska leż w miejscu, gdzie zaplanowano budow przeciwpowodziowego zbiornika "Racibórz Dolny" - wsie zostan wic zatopione. Świtynia zostanie jedyn duż materialn pamitk po Nieboczowach. Gdy Park Etnograficzny udostpniano zwiedzajcym było tu 30 obiektów, dziś mamy ich ponad dwa razy wicej, z czasem ma ich zreszt wciż przybywać. Budowle pochodz z Beskidu Ślskiego, okolic Lublińca, Pszczyny, Rybnika, Zagłbia Dbrowskiego oraz tak zwanego poderegionu podgórskiego. W obszerniejszych obiektach urzdzono wystawy stałe: stodoła z Istebnej zawiera ekspozycj "Mechanizacja na wsi od poł. XIX do poł. XX w.", spichlerz z Simoradza wystaw "Kto dobrze orze mo chleb w komorze". Stodoła z Grzawy jest miejscem prezentacji dawnych powozów konnych oraz sań, w śmiłowickim spichlerzu pokazana jest praca przedstawicieli gincych zawodów: bednarza, kowala czy cieśli. Spichlerz z Warszowic zawiera wystaw o dawnym praniu, gdzie w historycznym przekroju poznajemy narzdzia służce do utrzymania ubrań w czystości: od balii aż po pralk "Frania". ETNOGRAFIA ŻYWA

Mocn stron GPE jest oferta edukacyjna dla szkół, dotyczy ona nie tylko historii, lecz także nauk przyrodniczych czy literatury. Elementarz mojego dziadka, Wróżby andrzejkowe, Strachy ślskie, Marzanna i gaik, Sobótki świtojańskie, Byliny w wierzeniach ludowych, Zioła lecznicze i przyprawy, Zagroda pełna zwierzt - to tylko niektóre tematy oferowanych lekcji. "Chłopów" Reymonta można tutaj poznawać w autentycznym otoczeniu dawnej wsi. S też warsztaty artystyczne, na których tworzy si dzieła w drewnie, wiklinie oraz glinie. Ofert dla młodszych odwiedzajcych uzupełniaj konkursy oraz wakacyjne programy (także półkolonie) dla tych, którzy lato spdzaj w mieście. Choć w tym przypadku możemy mieć wtpliwości, czy czasem nie chodzi jednak o wieś. GPE prowadzi także badania naukowe - etnograficzne, zwizane z architektur drewnian, pielgrzymkami chasydzkimi, wydawane s tu publikacje popularyzatorskie i naukowe. A jest jeszcze oferta dla całych rodzin: cykliczne imprezy poświcone konkretnym zagadnieniom: Dzień Miodu, Świto Ziół czy Jarmark Produktów Tradycyjnych. Tradycyjna jest też współpraca z artystami, którzy organizuj tutaj plenery (a jest co malować czy rysować), wystawy i spotkania. Swoje prace prezentuj w Parku Etnograficznym uczniowie pobliskiego Liceum Plastycznego położonego po drugiej stronie czteropasmówki. ŚLĄSKI OGRÓD ZOOLOGICZNY UCIECZKA GINY

Kiedy projektanci Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku (wcielając w życie pomysł wojewody Jerzego Zitka) dzielili 600 hektarów przeznaczonych na gigantyczny kompleks rekreacyjny, ogrodowi zoologicznemu przypadło prawie 50 hektarów. W momencie zakończenia rekultywacji pokopalnianych terenów, po wytyczeniu wybiegów dla zwierząt i alei obsadzonych cennymi gatunkami drzew, chorzowskie ZOO uzyskało status trzeciego co do powierzchni ogrodu zoologicznego w Polsce. Tytuł ten zresztą posiada do dziś. Pierwsi mieszkańcy przybyli tu w 1954 roku z dwóch niewielkich, lokalnych ogrodów zoologicznych: bytomskiego - założonego jeszcze pod koniec XIX wieku oraz katowickiego. Pierwsze zameldowały si brunatne niedźwiedzie, bawoły, lwy oraz pantery. Pierwsi goście mogli oglądać je w 1957 roku, choć obiekt oficjalnie otwarto rok później. Pierwszym naprawdę dużym nabytkiem była pozyskana w 1960 roku indyjska słonica Gina, która natychmiast po przybyciu wsławiła się spektakularną ucieczką aż do dzielnicy Siemianowic - Bytkowa. Pracownicy ZOO, którzy zbudowali dla niej ogrodzenie z zaostrzonych pali nie przewidzieli zręczności występującej wcześniej w cyrku Giny. Bez trudu ominęła ona wszelkie zapory i udała się na posiłek w położonych dość daleko ogródkach działkowych. Dziś Śląski Ogród Zoologiczny jest domem dla ponad 2200 zwierząt reprezentujących niemal trzysta gatunków. Wśród ciekawszych okazów chorzowskiego ZOO wymienić należy: słonie afrykańskie, niedźwiedź polarny, tygrysy syberyjskie, białe nosorożce, żyrafy, gepardy, niale grzywiaste, lemury, gerezy abisyńskie i mandryle. OGRÓD ZA LWIĄ BRAMĄ

Mieszkają one za prawdziwą pałacową bramą, która pochodzi ze świerklanieckiej rezydencji Donnersmarcków i zwieńczona jest sylwetką lwa. Złoty lew był jednym z herbowych elementów rodu - tutaj pasuje jak ulał, choć nie brak głosów mówiących, iż brama powinna wrócić na swoje stare miejsce. Ogród Zoologiczny należy do Europejskiego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych i Akwariów skupiającego najbardziej liczące się europejskie ogrody zoologiczne i do Polskiego Towarzystwa Zoologicznego. Bierze czynny udział w międzynarodowych programach hodowlanych (EEP- Europejski Program gatunków zagrożonych) oraz w programie ochrony zagrożonych gatunków fauny krajowej - reintrodukcja puchacza w Wolińskim Parku Narodowym. Placówka rozmnaża niektóre zagrożone gatunki zwierząt (między innymi nosorożca białego, żyrafę, legwana zielonego, tapira malajskiego, słonia afrykańskiego, zebrę Grevy'ego). Działa tu także szpital dla zwierząt, ZOO prowadzi własną bibliotekę, organizuje sympozja naukowe. Co roku obiekt odwiedza 350 - 380 tysięcy gości, w tym sporo grup zorganizowanych biorących udział w lekcjach na temat fauny całego świata. Z czasem zorganizowano mini - ZOO - miejsce, w którym zwierzaki można obejrzeć z naprawdę bliskiej odległości - także nakarmić oraz dotknąć, bo tę część ogrodu zamieszkują wyłącznie gatunki udomowione i łagodne - takie jak przesympatyczne wietnamskie świnki. PRAWDZIWE DINOZAURY

Od 1975 roku w tak zwanej skalnej kotlinie obecne są także dinozaury. Kilkanaście prehistorycznych gadów zrekonstruowano na podstawie prawdziwych szczątków przywiezionych z pustyni Gobi przez polskich paleontologów w drugiej połowie lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Odtworzono je z wielką starannością, możemy więc być pewni, że to, co oglądamy jest niemal identyczne z wyglądem prawdziwych dinozaurów reprezentantów gatunków: prenocephale, gallimimus, nemegtosaurus, protoceratops, saurolophus, tarbosaurus i saichania. Kotlina jest miejscem, które wręcz hipnotyzuje dzieci - olbrzymie sylwetki przyciągają ich uwagę, są wymarzonym tłem do pamiątkowego zdjęcia. Dzieci dobrze czują się zresztą w całym ogrodzie - nie tylko mogą całą trasę przejechać w wypożyczonym (i ciągniętym przez rodzica) wózku Nie tylko oglądają egzotyczne stwory, ale także - za sprawą licznych tablic poglądowych - pozyskują rzetelną wiedzę. Dla zainteresowanych przygotowano odpłatny przewodnik po ZOO, można zakupić go w kasach. Zmotoryzowanym gościom polecamy boczne wejście do ogrodu od strony Katowic - tuż obok stadionu Górniczego Klubu Sportowego - znajduje się tam duży parking. Przy okazji, na zewnętrznym murze obiektu obejrzeć można tam wspaniałe graffiti przedstawiające między innymi chronione gatunki zwierząt - efekt pracy artystów uczestniczących w Festiwalu Młodej Sztuki. Z muru uśmiecha się do nas przesympatyczne słońce - uśmiechu zresztą w chorzowskim ZOO jest więcej: w pomieszczeniu zamieszkałym przez króla zwierząt można czasem znaleźć kartkę "jesteśmy na wybiegu ". Podpisano - "lwy". ZAMEK W CHUDOWIE TYLKO WIEŻA?

Jeżeli ktoś spodziewał się w Chudowie okazałego zamczyska, może poczuć się rozczarowany. Fakt - po komnatach na pewno tu spacerować nie będziemy, zresztą przesadną wielkością chudowski obiekt nie grzeszył nigdy. To prostokąt ruin o wymiarach około 25 na 30 metrów, jedynym okazałym elementem jest tutaj wieża. Nie tak dawno temu nawet jej nie było, bo pozostałości wieży sięgały tylko drugiego poziomu. Niegdyś drugi poziom wieży był tym miejscem, którędy goście dostawali się do wnętrza - po moście prowadzącym nad fosą. Skromną pamiątką tamtych czasów jest mostek położony jednak znacznie niżej. Najwięcej o zamku dowiedzieliśmy się z wykopalisk prowadzonych na początku XXI wieku. Wyjątkowe w chudowskim kompleksie jest to, że był on budowlą nizinną - niespotykaną na Górnym Śląsku Choć powstanie zamku datuje się na lata trzydzieste XVI wieku na pewno wcześniej stała tutaj warownia drewniana - świadczą o tym wykopane z ziemi fragmenty konstrukcji oraz część palisady. Wykopaliska z 2006 roku przyniosły zresztą więcej interesujących odkryć: znaleziono wówczas tak zwany chudowski skarb składający się ze średniowiecznych, jednostronnie, stemplowo wybijanych monet - brakteatów. Historia obiektu murowanego wiąże się z postacią Jana Gierałtowskiego - właściciela okolicznych terenów (w tym zakupionej w 1523 roku wsi Chudów). Od początku osiemnastego wieku zamek przeszedł w ręce rodu Foglarów, którzy - co było powszechnie stosowaną praktyką - przebudowali go według własnych upodobań - podobnie zresztą jak kolejni właściciele (od 1837 roku) - von Bially. OD PALISADY DO FUNDACJI

To właśnie rodzinie von Bially przytrafiła się największa wpadka w historii chudowskiego zamku. W styczniu 1875 roku (według innych źródeł w sylwestrową noc roku 1847) obiekt doszczętnie spłonął, by już nigdy nie odzyskać pierwotnego kształtu. Za sprawą rodziny von Schaffgotsch przekształcono go później w tak zwaną ruinę romantyczną. Romantycznie było aż do roku 1995, kiedy działacz społeczny, lekarz i polityk Andrzej Sośnierz założył fundację dedykowaną zamkowi w Chudowie. Przy odrobinie szczęścia można zresztą i dziś spotkać pana Sośnierza paradującego w stroju z epoki gdzieś między wieżą a fosą. Fundacja "Zamek Chudów" profesjonalnie zabrała się do pracy: organizacyjnej, wydawniczej oraz tej związanej z bezpośrednią odbudową obiektu, pracami archeologicznymi oraz udostępnieniem budowli turystom. Z całą pewnością nie można odmówić Fundacji kreatywnego podejścia do sprawy: w Chudowie dzieje się tak wiele, że nawet stali goście często zaskoczeni są nowymi pomysłami. Obowiązkowym fragmentem oferty jest zwiedzanie muzeum w wieży - zbiory obejmują liczne eksponaty z okresu renesansu i nie tylko. Często organizowane są turnieje rycerskie, zawody łuczników i liczne inscenizacje jak ta ukazująca walkę rycerzy z niezwykle groźnym, czerwonym smokiem. Stałym obiektem jest już chyba labirynt - prawdziwy raj dla dzieci, choć dama w szpilkach przy odrobinie samozaparcia także może go przejść od początku do końca. Lecz są też pokazy pracy drwali, ekspozycje związane z dawnym pszczelarstwem, wyrobami artystycznymi, koncerty, spektakle teatralne i wystawy, projekcje filmów bądź plenery. GWAR WOKÓŁ ZAMKU

Choć zadbano w Chudowie o parkingi, w dniach największego nasilenia ruchu turystycznego możemy spodziewać się problemów. Bywało i tak, że goście pozostawiali swoje pojazdy dwa kilometry od zamku i wędrowali wzdłuż pól w stronę wieży. Oferta obiektu jest bogata i wszechstronna: nie tylko zjemy tutaj coś średniowiecznego lub renesansowego (polecamy podpłomyki), lecz załapiemy się na pomysłowy, historyczny obiad w oberży, której patronuje święty Jerzy. Stale obecne są kramy z przeróżnymi wyrobami, także płatnerskimi. W czasie sezonu turystycznego panuje tu stały, historyczny gwar, często spotkać można zagranicznych gości - w tym rycerstwo z Włoch czy Niemiec. Zamek za swój uznali śląscy motocykliści - w pewnym sensie spadkobiercy gotyckiej tradycji. Najważniejszą imprezą jest sierpniowy Jarmark Średniowieczny, na którym zwiedzić można wioskę zamieszkałą przez zawziętych fanów historii żyjących wówczas pod namiotami, zgodnie z warunkami sprzed setek lat. Przy odrobinie szczęścia trafić można na robiący wrażenie pokaz strzelania z trebusza - machiny miotającej wielkie kamienie na odległość kilkudziesięciu metrów. Tu nigdy nie jest nudno i - jeżeli wybieramy się do Chudowa - powinniśmy na pewno zaplanować na pobyt więcej niż dwie, trzy godziny. To zresztą także doskonałe miejsce na rodzinny piknik z własnymi wiktuałami, kocykiem i naturą w atmosferze dawno utraconej przeszłości. W GLIWICACH: PALMIARNIA MIEJSKA PALMY W POBLIŻU PORTU

Gliwice potrafią zaskoczyć: to miasto portowe, z którego za sprawą ponad czterdziestokilometrowego Kanału Gliwickiego oraz Odry można drogą wodną dostać się do Szczecina i dalej - na Bałtyk. Zupełnie jak w egzotycznych portach, całkiem niedaleko portu rosną palmy. Klimat także jest egzotyczny: w każdym z czterech pawilonów Palmiarni panuje inna temperatura oraz wilgotność - ekspozycję podzielono bowiem na działy: roślin użytkowych, roślin tropikalnych, pawilon historyczny oraz dział sukulentów (roślin rosnących w wysokich temperaturach za sprawą zdolności do magazynowania płynów w swoich tkankach). Ponad pięć i pół tysiąca roślin zajmuje tu powierzchnię dwóch tysięcy metrów kwadratowych. Są i pojedyncze okazy zwierząt: gekony, żółwie, papugi, kanarki, karpie, amury, piranie, pielęgnice pawiookie, sumy afrykańskie oraz drobne gryzonie. Ostatni pawilon bez wątpienia przypadnie do gustu miłośnikom kaktusów - roślin tych jest tam około dwóch tysięcy. W odróżnieniu od pozostałych pawilonów, wśród sukulentów panuje niska wilgotność. Dopiero tam widać wyraźnie różnorodność świata flory: okazy kaktusów potrafią różnić się od siebie w sposób skrajny, nie tylko kształtem, ale i wielkością - od kilku milimetrów do 8 metrów. W pozostałych halach panuje festiwal bujnej przyrody, na drzewach zobaczymy mandarynki i banany, zaobserwujemy jak wyglądają szesnastometrowej wysokości feniksy kanaryjskie. Zdarzają się i dary osób prywatnych, bo jeśli mieszkańcowi Gliwic bujna roślina przestaje mieścić się w salonie, zanosi ją właśnie tu: może ją później regularnie odwiedzać. Spacerujemy wyznaczonymi alejkami, co jakiś czas trafiając na ławeczkę, gdzie można usiąść. Nad wodą przerzucono mostki, mamy widowiskowy wodospad skalny. OBIEKT WIELOPOZIOMOWY

Możliwość oglądania roślin z różnych wysokości to wielki atut gliwickiej Palmiarni. Dzięki estakadom nie tylko widać wyraźnie piętrową budowę tropikalnej dżungli, ale można też podziwiać rośliny z wielu perspektyw. Wielopoziomowość obiektu ma też wymiar metaforyczny: starsi mieszkańcy miasta upodobali sobie to miejsce na spotkania - zwłaszcza, że na piętrze działa miła kawiarenka. Młodsi odwiedzający w wieku szkolnym przyjeżdżają tu na żywą lekcję przyrody. Przygotowano dla nich ścieżkę dydaktyczną ze specjalnymi miejscami, gdzie zakaz "nie dotykać eksponatów" nie obowiązuje. Można więc spokojnie podotykać sobie tego i owego, na zakończenie zaś otrzymać stosowny certyfikat. Jest jeszcze jedna grupa, która Palmiarnię uwielbia - to nowożeńcy często robiący sobie zdjęcia w tropikalnym otoczeniu. Podobno fotografia taka przynosi szczęście. A skoro przy fotografiach jesteśmy - w Palmiarni można czasem obejrzeć także ciekawe zdjęcia, bo obiekt jest także galerią. Zdarzają się Wielkie Wystawy National Geographic, wystawiają tu swoje prace członkowie Gliwickiej Grupy Fotograficznej, były prezentacje przeróżnych krajów organizowane w porozumieniu z przedstawicielstwami dyplomatycznymi. Palmiarnię można wynająć do celów komercyjnych - ma się ją wówczas do wyłącznej dyspozycji. Przestrzeni nie braknie - w najwyższym miejscu budowla wznosi się na 22 metry, zaś śpiew ptaków klient otrzymuje gratis. PODLEWAMY CHOPINA

Park i Palmiarnia uzupełniają się znakomicie. 90% wilgotności powietrza w pawilonie tropikalnym oraz cień parkowych drzew dają pełnię harmonii, zwłaszcza że oba światy łączy kawiarniany taras. Zimą w obiekcie znajdziemy ciepło, latem - wśród kasztanowców,dębów, lip, jesionów, świerków i modrzewi - miły chłód. Park Chopina pod koniec XX wieku zinwentaryzowano, wyremontowano zaprowadzając w nim ład. To 5 hektarów ogrodzonej płotem zieleni z wybrukowanymi alejkami, ławeczkami i darmowym dostępem bezprzewodowym do Internetu. Park jest też doskonałym miejscem na przerwę w dłuższej wyprawie - pobliski parking wzdłuż ulicy Dubois przyjmie duży autokar, można zaparkować też pojazdy osobowe, blisko stąd do ścisłego centrum gdzie liczne są bary czy restauracje. W parku dostępny jest plac zabaw dla dzieci. Palmiarnia w parku Chopina to pamiątka z II połowy XIX wieku kiedy Górny Śląsk bogacił się za sprawą przemysłu epoki węgla i stali, mieszkańcy zaś odkrywali nowe aspiracje i nowe możliwości. W okresie tym niemal masowo budowano podobne obiekty - swoją palmiarnię miał między innymi pobliski Bytom. Park w Gliwicach jest więc w pewnym sensie także pamiątką historyczną: miejscem gdzie żeliwne lwy z XIX wieku pilnują współczesnego budynku ze szkła. Gdzie pochodzący z połowy XX wieku marmurowy pomnik Fryderyka Chopina ma za sąsiada malowniczego Chopina wykonanego z drutu i ziemi po to, by powstała jeszcze jedna zielona, roślinna ozdoba. No ale by tak się stało - trzeba podlać i kompozytora, i jego fortepian. RADIOSTACJA POKÓJ UMARŁ RAZEM Z BABCIĄ
31 sierpnia w GIiwicach słońce zachodzi tuż przed godziną dwudziestą. Tego właśnie dnia roku 1939 o ósmej wieczorem na teren radiostacji w Gliwicach przedostała się siedmioosobowa grupa: sześciu mężczyzn wchodziło w skład zespołu dowodzonego przez SS-Sturmbannführera Alfreda Helmuta Naujocksa. Siódmy - 43-letni Polak, powstaniec śląski - odurzony wstrzykniętym wcześniej środkiem odurzającym miał za chwilę zginąć od strzału w tył głowy: już na terenie radiostacji. Jego zwłoki stały się rzekomym dowodem na polską napaść. Personalia ofiary - Franciszka Honioka ze wsi Łubie pod Pyskowicami ustalono dopiero po kilkudziesięciu latach, choć prawda o gliwickiej prowokacji wyszła na jaw już w czasie procesu norymberskiego, głównie za sprawą zeznań samego Naujocksa. Napad przebiegał z dużymi problemami - grupa SS zbyt późno poinformowana została o planie emisyjnym, który tego właśnie dnia przewidywał jedynie przekazywanie przez gliwicki nadajnik audycji z Wrocławia. Jedynym wyjściem w tej sytuacji stało się więc użycie tak zwanego mikrofonu burzowego - urządzenia, za pomocą którego w razie potrzeby przerywano program, by prosić słuchaczy o uziemienie anten w czasie wyładowań atmosferycznych. Niemcy długo szukali mikrofonu, a gdy go wreszcie znaleźli najprawdopodobniej podłączyli go do aparatury w nieprawidłowy sposób, w eter poszły więc tylko pierwsze słowa przygotowanego wcześniej czterominutowego komunikatu - ""Uwaga! Tu Gliwice. Rozgłośnia znajduje się w rękach polskich..." - dalej słychać było tylko trzaski i szumy. Gdy grupa Naujocksa wycofała się - pozostawiając trupa polskiego powstańca - mogła ruszyć hitlerowska machina propagandowa. Już o 22.30 Berlin, a zanim inne stacje (w tym BBC) informowały o zajściu w Gliwicach. Prowokacja (razem z kilkudziesięcioma innymi tego rodzaju napaściami) stała się bezpośrednią przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej. Sygnałem do przeprowadzenia akcji w radiostacji było telefonicznie przekazane przez szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy - Reinharda Heydricha hasło "grossmutter gestorben" - "babcia umarła". Razem z babcią umarł pokój w Europie. MODRZEW PO SAMO NIEBO

Gliwicka radiostacja była dzieckiem Traktatu Wersalskiego, który w wielu miejscach Europy pozostawił liczne mniejszości narodowe. To dla niemieckiej mniejszości za polską granicą (leżącą 10 kilometrów dalej) wzniesiono w Gliwicach wieżę radiową wraz z budynkami infrastruktury. Stacja nie miała studia nadawczego - mieściło się ono w innej części miasta, obsługiwane było też przez zupełnie inną antenę poziomo ustawioną między dwoma masztami. Wieża znana z prowokacji była zorientowana w pionie - od szczytu w dół biegły przewody stanowiące antenę: właśnie dlatego do jej budowy nie użyto stali, która zakłócałaby działanie instalacji. Dziś wieża jest najwyższą na świecie budowlą wzniesioną wyłącznie z drewna: liczy niespełna 111 metrów wysokości. Konstrukcję scala kilkanaście tysięcy śrub z mosiądzu, na szczyt dostać się można po 365 szczeblach pokonując po drodze cztery platformy. Wieża nie jest przeznaczona do zwiedzania przez turystów, nielicznych szczęściarzy, którzy byli na same górze powitał tam nieprawdopodobny widok, przy dobrej pogodzie można z Gliwic zobaczyć tatrzańskie szczyty. Choć modrzewiowe drewno wspaniale znosi próbę czasu obiekt znajduje się pod naukową opieką Katedry Inżynierii Budowlanej Politechniki Śląskiej oraz kontrolą Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, przeprowadzane są coroczne lustracje - zwłaszcza, że wieża wciąż jeszcze służy komunikacji: stała się nośnikiem dla kilkudziesięciu przeróżnych anten, w tym urządzeń telefonii komórkowej. MUZEUM PROWOKACJI

Imponująca wieża - świetnie prezentująca się zwłaszcza w czasie zachodu słońca - przytłacza skromne muzeum. Wewnątrz głównego budynku zgromadzono sprzęt radiowy z lat trzydziestych dwudziestego wieku, w tym wspomniany mikrofon burzowy, lampy sygnalizacyjne, aparaturę nadawczą i służącą zasilaniu stacji. Są odbiorniki radiowe reprezentujące kilkadziesiąt lat historii - w tym kultowe kolibry z okresu PRL-u. Planów związanych z muzeum było mnóstwo - od projektu nakrycia wszystkich trzech wchodzących w skład zespołu budynków futurystyczną przeszkloną kopułą aż po koncepcję urządzenia w piwnicach inscenizowanej drukarni ruchu opozycyjnego z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. W wielu przypadkach barierą były koszty; znaleziono jednak środki na zagospodarowanie otoczenia wieży. Doskonałym pomysłem było otwarcie wszystkich bram i udostępnienie wzbogaconego zielenią otoczenia wieży spacerowiczom. Wieża otrzymała także specjalne podświetlenie - nie tylko widać ją w nocy z daleka, lecz przedstawienie świateł rozgrywające się u jej podnóża może zafascynować gości. Tych ostatnich zresztą tu nie brakuje i może właśnie oni stanowią najlepsze podsumowanie pokrętnych, górnośląskich dziejów. W miejscu gdzie SS-mani prowadzili na śmierć pierwszą ofiarę drugiej wojny światowej - Franciszka Honioka - dziś dzieci wyposażone w deskorolki czy namiętnie wystukujące sms-y na swoich komórkach mijają się w alejkach z niemieckimi turystami. Na trzech hektarach historii. W KALETACH: ZAKŁADY PAPIERNICZE OPUSZCZONA FABRYKA
Największym zabytkiem industrialnym powiatu tarnogórskiego jest fabryka celulozy i papieru, znajdująca się w małym miasteczku Kalety. Położona jest niedaleko centrum, przy ulicy Fabrycznej i Powstańców Śląskich. Trudno jej nie zauważyć, gdyż komin zakładu góruje nad miasteczkiem, a sam obiekt jest bardzo charakterystyczny. Spoglądając na fabrykę od razu rzuci nam się w oczy, jej fatalny stan dzisiejszy. Niektóre jej części możemy spokojnie nazywać ruinami. Trzeba sobie uświadomić, iż w przeszłości był to jeden z największych zakładów tego typu w Polsce, a zaraz po drugiej wojnie światowej kaletańscy specjaliści na nowo budowali przemysł papierniczy w naszym kraju. W najgorszym stanie jest oddział celulozowni, który uległ już zupełnemu zniszczeniu przez co grozi zawaleniem. Inne części wcale nie mają się lepiej i większości są opuszczone. Fabryka już nigdy nie wyprodukuje ani grama papieru, który definitywnie zaprzestała wytwarzać w 2008 roku. Wnętrza fabryki w większości są opuszczone, dlatego też praktycznie nic się w nich nie ostało. Jednak sam zakład jako kompleks wielu budynków ma zupełnie inną wartość. Można podziwiać tu dawną architekturę industrialną. Większość budynków była sukcesywnie przebudowywana. Dlatego do dzisiejszych czasów przetrwało niewiele budowli pamiętających początki istnienia zakładu. Niemniej jednak można tu znaleźć kilka perełek. Wchodząc na zakład głównym wejściem, niemal od razu możemy zauważyć mały budynek. Jest to dawna siedziba dyrekcji, powstała jeszcze w XIX wieku. Ciekawostką jest fakt, że zachowała się praktycznie w niezmienionej formie przez ponad 100 lat. Budynek swoją pierwotną rolę pełnił do lat 30-tych ubiegłego wieku. Później zorganizowano tutaj zakładowe laboratorium, które działało do końca istnienia zakładu. Naprzeciw starej siedziby dyrekcji przetrwała jedyna oryginalna ściana pierwszego budynku papierni, który wybudowano w 1899 roku. Cała reszta oddziału została wielokrotnie przebudowana, dlatego ściana ta jest jednym z ciekawszych obiektów jakie możemy spotkać na zakładzie. JAK PO WOJNIE

Tuż za papiernią, pojawia nam się niepozorna hala pochodząca również z 1899 roku, od zawsze pełniła rolę magazynu. Niestety zawalił się już tutejszy dach, który był wpisany do rejestru zabytków. Idąc dalej w kierunku ruin celulozowni możemy napotkać na mały bardzo zniszczony budynek, mieszczący się tuż przy ulicy fabrycznej. Jego powstanie datujemy na rok 1790, a więc prawie 100 lat wcześniej od powstania fabryki celulozy. Został wzniesiony przez Johana Ferdynanda Koulhassa. Ów przedsiębiorca, kuźnik i prekursor nowoczesnego hutnictwa na Śląsku, zorganizował w nim fabrykę noży, łyżeczek, widelców i guzików. Dla fabryki papieru pełnił rolę jednego z licznych magazynów. Niestety obiekt był też kilkakrotnie przebudowany. Mimo tego, część frontowej ściany jest niezmieniona od samego początku jego istnienia. Z ciekawostek wynotować trzeba, że na terenie fabryki istnieją jeszcze pozostałości po koncernie Natronag (1918-1945). Na szczycie szybu windowego papierni, możemy znaleźć przepięknie wkomponowany znak firmowy ówczesnej spółki. Jej nazwa została zaś uwieczniona, na murze tutejszej kotłowni. Mimo iż napis w okresie PRL został pieczołowicie zamalowany, dzisiaj przebił przez farbę i znów dane nam jest go oglądać.
Na terenie Kaletańskich Zakładów Celulozowo Papierniczych jest jeszcze jedno miejsce godne uwagi - nieczynny od 1991 roku oddział celulozowni. Warzono tutaj celulozę, z której powstawał papier. Co prawda oddział jest najstarszym, bo wybudowano go 1884 roku, na próżno szukać tu aż tak sędziwych budynków. Większość została przebudowana, nie mniej jednak jest to zabudowa w większości pochodząca jeszcze z przed II Wojny Światowej. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie jej stan dzisiejszy. Celulozownia jest najsmutniejszym i zarazem najstraszniejszym miejscem fabryki. Są to właściwie ruiny budynków, które stanowią symbol upadku zakładu. Już dla samego oglądania oddziału potrzeba mocnych nerwów. Zawalone dachy i mury, mnóstwo zalegających cegieł, wybite szyby w oknach, o to co możemy tutaj zastać. Większość zabudowań wygląda jakby przed chwilą przeżyły bardzo silny nalot bombowy. Z niektórych budynków pozostał już tylko żelbetonowy szkielet. HISTORIA

Budowniczym zakładu był Hrabia Guido Henckel von Donnersmarck, właściciel licznych hut i kopalń oraz wspaniałej rezydencji w Świerklańcu. Jako lokalizację wybrał Kalety z kilku przyczyn. Wioska ta znajdowała się wśród bujnych lasów, więc podstawowego środka produkcji. Poza tym przepływa tędy rzeka Mała Panew, która mogła dostarczać wodę i odbierać ścieki produkcyjne. Dodatkowo hrabia posiadał w Kaletach własny tartak. Fabryka celulozy powstała w 1884 roku. By zwiększyć jej rentowność postanowiono produkowany surowiec przetwarzać na miejscu. Dlatego już w 1899 roku wybudowano papiernię, gdzie początkowo zainstalowano dwie maszyny papiernicze. W 1900 roku fabrykę przekształcono w spółkę akcyjną, by mogła wejść w konsorcjum z podobną sobie fabryką w Dąbiu pod Szczecinem W 1918 roku konsorcjum zostało przejęte przez niemiecki koncern Natronag. Rok 1922 przynosi kolejne zmiany, Kalety stają się częścią nowo powstałego Państwa Polskiego. Wtedy też rozpoczął się okres największego prosperity zakładu. Jedną z najważniejszych dat jest 1925 rok, wtedy uruchomiono tutaj workownię, nieco później zakupiono największe i najnowocześniejsze maszyny papiernicze, jakie znajdowały się ówcześnie w Polsce. Liczne inwestycje sprawiły, że przed Drugą Wojną Światową fabryka wytwarzała 9,6% całej produkcji papieru oraz 20,1% celulozy w naszym kraju. Była też największym krajowym producentem papierów natronowych. Najtrudniejsze chwile zakład przeżył pod koniec wojny. W 1945 roku uciekający stąd Niemcy popalili fabrykę, dodatkowo przelatujące samoloty zrzuciły na nią kilka bomb zapalających. Tylko dzięki natychmiastowej i brawurowej akcji gaśniczej pracowników, zakład nie spłonął doszczętnie. Mimo tego odbudowa trwała aż do 1946 roku. Po roku 1945 zmienił się ustrój, który nie był już tak przychylny dla kaletańskiej fabryki. Odgórne decyzje, pozbawiły ją większych inwestycji. Powstały nowe większe zakłady w Świeciu i Ostrołęce, które przejęły prym w krajowej produkcji papieru. Rozpoczął się czas, gdy na barkach zakładu powstało prawie całe tutejsze miasteczko. Wszystkie większe osiedla, przedszkole, żłobek, technikum, dom kultury, stadion, ośrodek sportowy i wiele innych, zostały wybudowane przez Kaletańskie Zakłady Celulozowo Papiernicze. Niestety, niedostateczna ilość inwestycji w park maszynowy doprowadziła do powolnego upadku fabryki oraz sukcesywnego spadku jej produkcji. Gdy nastały przeobrażenia gospodarcze roku 1989 roku, przestarzały zakład nie mógł już ich wytrzymać. W 1991 roku zamknięto oddział celulozowni, a w 1994 ogłoszono upadłość fabryki. STAWY W ZIELONEJ PRZYRODA I WYPOCZYNEK

Zielona to dzielnica małego miasteczka Kalety. Znajduje się tutaj zespół pałacowo - parkowy pochodzący z XIX wieku położony nad zbiornikiem zaporowym zbudowanym na rzece Mała Panew. Zbiornik zwany również Zielona składa się z dwóch stawów, które stanowią wielką atrakcję w okresie letnim. Woda dostarcza ochłody w upalne dni, co z ochotą wykorzystują pobliscy mieszkańcy oraz turyści. Przyjeżdżają w to miejsce by zażywać kąpieli oraz opalać się na wspaniałych piaszczystych plażach. Wtedy jest tutaj dość tłoczno dzięki czemu możemy poczuć klimat prawdziwych wakacji. Zielona to znakomita baza turystyczno - wypoczynkowa. Znajdują się tu liczne domki campingowe, zajazd oraz pole namiotowe. Wody tutejszych stawów należą do wysokiej klasy czystości, zamieszkiwane są przez prawie wszystkie gatunki ryb słodkowodnych. Dzięki temu istnieje możliwość wędkowania przez prawie cały rok. Miejsce to na pewno dostarczy wiele wspaniałych okazji do obcowania z przyrodą. Spotkamy tu wiele gatunków ptaków: łabędzie, kaczki, perkozy czy mewy. Jeśli będziemy mieli szczęście zobaczymy jeszcze zwierzynę leśną, a nawet bobry. Stawy w zielonej znajdują się na czternastym kilometrze licząc od źródła rzeki Mała Panew. Powierzchnia lustra wody obu stawów wynosi około 80ha. Mniejszy ma 20ha a większy 60ha. Próg śluz stawu dolnego znajduje się na wysokości 279,5m n.p.m. , a maksymalne spiętrzenie wody wynosi 2,5 m. Lustro wody na przelewie burzowym zbiornika retencyjnego znajduje się na wysokości 284m n.p.m. Pojemność większego stawu wynosi 0,79 mln m sześciennych wody. PAŁAC DONNERSMARCKA

Pałac myśliwski został zbudowany w 1861 roku przez hrabiego Guido Henckel von Donnersmarck. Tego samego, który był właścicielem fabryki celulozy i papieru w Kaletach. Budowlę otoczono wspaniałym parkiem zlokalizowanym przy pobliskim stawie. Hrabia pomyślał także o skomunikowaniu pałacu z swoją posiadłością w Świerklańcu, mianowicie w 1862 roku powstała droga łącząca oba obiekty i zaczynająca się pod jego gankiem. Tętnił on życiem głównie w okresie zbiorowych polowań, a polować było na co. W Zielonej hrabia posiadał zwierzyniec. Było to zamknięte z wszystkich stron łowisko leśne, gdzie hodowano między innymi jelenie, daniele, czy dziki. Zwierzyniec był dosyć pokaźnych rozmiarów i obejmował leśnictwa Dyrdy, Piasek, Strzebiń, Zielona, Kuczów. Jego łączna powierzchnia wynosiła aż 6000 ha lasu, w których w 1914 roku było około 450 jeleni. Podczas drugiej wojny światowej pałac zajęli Niemcy. Niestety wywieźli stąd wszystkie cenne meble oraz przedmioty. Po wojnie los pałacu wcale nie zmienił się na lepsze, ponieważ zorganizowano tu bazę ośrodka transportu leśnego. Na parterze zainstalowano pięciotonowe tokarki oraz inne ciężkie maszyny. Część pomieszczeń zaadaptowano na stolarnie i ślusarnie. Owa działalność doprowadziła do dewastacji tak pięknego niegdyś obiektu. Dziś na całe szczęście zniknął stąd ciężki sprzęt. W 1991 roku pałac został wpisany do rejestru zabytków, wtedy też stopień zniszczeń obiektu został oszacowany na 70%. Obiekt jest w opłakanym stanie technicznym i właściwie nadaje się tylko do kapitalnego remontu. Pałac nie jest jedynym ciekawym obiektem. Tuż obok stoi bardzo stary ceglany budynek. Jest to dawna szkoła wzniesiona w 1907 roku. Drogą przetargu wyposażono ją wtedy w ławki, tablice, przyrządy gimnastyczne. Znajdowały się w niej dwie klasy. Funkcję szkoły, obiekt ten pełnił do 1950 roku, później jego wnętrza przekształcono na mieszkania i w takiej formie dotrwał do dnia dzisiejszego. SAME ATRAKCJE

Wokoło zbiornika wodnego w Zielonej przygotowano bardzo wiele ciekawych atrakcji. Jedną z nich jest znajdujący się na wyspie mniejszego stawu stary, drewniany wiatrak. Kiedyś było można go sobie wynająć i spędzić w nim noc, gdyż jego wnętrze zostało ku temu zaadaptowane. Dodatkowo do samego wiatraku trzeba było dopłynąć łódką, ponieważ między wyspą a brzegiem stawu nie istnieje żaden pomost. Miejsce to często wykorzystywano do spędzenia nocy poślubnej, a samo przepłynięcie łódką stanowiło romantyczny dodatek. Niestety w chwili obecnej wiatrak nie jest udostępniony dla wczasowiczów. Zaraz obok opisywanego wcześniej pałacu myśliwskiego znajduje się kolejne ciekawe miejsce, jest nim Zajazd u Rzepki. Istnieje od 1920 roku i został wybudowany w miejscu starej karczmy. Prócz wspaniałej śląskiej kuchni oraz bazy noclegowej, ośrodek oferuje jeszcze przejazd zabytkową bryczką, a nawet organizację kuligów w okresie zimowym. Przy zajeździe utworzono zagrodę zwierzątek. Na pewno będzie to wielka atrakcja dla dzieci, gdyż mogą tutaj zobaczyć osiołka, kozę, sarny, czy nawet prawdziwego dzika. Osoby kochające spokój i przyrodę, również znajdą tu coś dla siebie. Od niedawna stawy w Zielonej zamieszkują bobry, na jego obrzeżach budują swoje żeremia. W związku z tym w 2002 roku utworzono ścieżkę przyrodniczo - dydaktyczną do bobrów. Dzięki niej możemy natknąć się na działalność tych zwierząt oraz obcować z przyrodą. Ścieżka kończy się wspaniałym, niewidocznym, mogło by się wydawać nieco zapomnianym miejscem, gdzie każdy doceni ciszę i spokój. Idealnie nadaje się na weekendowy piknik, bądź relaks przy książce czytanej na świeżym powietrzu. Staw to także raj dla wędkarzy. Żyje w nim ogromna ilość gatunków ryb takich jak: karp, sum, sandacz, szczupak, płoć, boleń. Każdy turysta, który uwielbia wędkarstwo może spróbować swoich sił. Wystarczy tylko wykupić sobie pozwolenie. Można to zrobić jeszcze przed wyjazdem, dokonując przelewu na konto Polskiego Związku Wędkarskiego, oddział w Częstochowie. Jednodniowe pozwolenie na wędkowanie to koszt 12 zł, a trzydniowe to 28 zł. Wokoło zbiornika wodnego zlokalizowanych jest kilka ośrodków, gdzie turyści mogą znaleźć boiska do siatkówki, kort tenisowy, miejsca do grillowania i organizowania ognisk. Dodatkowo istnieje wypożyczalnia rowerów, z których można skorzystać, by zwiedzić inne dzielnice Kalet oraz okoliczne miejscowości. ALEJA DĘBOWA STARY - NOWY KRZYŻ

Truszczyca to malutka dzielnica Kalet, gdzie znajduje się zabytkowa aleja ogromnych i bardzo starych dębów. Ogółem rośnie tutaj około 400 wyjątkowych okazów tych drzew. Aleja Dębowa zaczyna się jeszcze w dzielnicy Kuczów. Stąd też najlepiej rozpocząć jej zwiedzanie. Można to zrobić podczas długiego spaceru, lub wykorzystać rower. Cała droga ma około 4 km, nie jest to mało dlatego też możemy zechcieć zobaczyć ją tradycyjnie zza okna samochodu. Wtedy do Truszczycy musimy dojechać od strony Kalet, gdyż most na rzece Mała Panew w Kuczowie jest zamknięty dla ruchu drogowego i oczekuje na remont... Przy skrzyżowaniu Alei Dębowej z ulicą Paderewskiego w dzielnicy Kuczów, napotkamy na pierwszy ciekawy obiekt. Jest nim tutejszy krzyż oraz stojąca obok dzwonnica. Historia krzyża jest bardzo długa, najprawdopodobniej został wzniesiony w związku z 500 - letnią działalnością hutniczą w wiosce. Kiedyś istniała tutaj kuźnica, gdzie wytapiano żelazo. Pierwszy krzyż był drewniany, wyższy i bardziej smukły od dzisiejszego. Został rozebrany w 1948 roku. W jego miejsce powstał nowy z terasa. Zbudował go tutejszy mieszkaniec -Rafał Kolano, w podzięce za powrót z II wojny światowej. Na krzyżu umieścił figurkę Chrystusa, która została odlana z łusek pocisków artyleryjskich. Z czasem obiekt podupadł, co bardzo przeszkadzało tutejszej ludności. W 2004 roku mieszkańcy postanowili się zorganizować i zebrać fundusze na nowy. Tak się stało, a dzisiaj możemy podziwiać całkiem solidny obiekt sakralny. Tylko figurka się nie zmieniła.
Tuż za krzyżem rozpoczyna się zielony szlak. Musimy się go trzymać, bo nim właśnie została oznaczona zabytkowa aleja. W tym miejscu trzeba jeszcze opowiedzieć o istniejącym w Kuczowie drewnianym domku. Jest to jedyny taki budynek w całej dzielnicy. Został wybudowany w 1824 roku i jeszcze w XIX wieku mieściła się tutaj lokalna karczma. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, iż w listopadzie 1900 roku odwiedził to miejsce sam cesarz Wilhelm II. Wydarzenie odnotował karczmarz w swojej księdze. Cesarza gościł wtedy hrabia Guido Henckel von Donnersmarck. Razem oddawali się przyjemności polowania, gdyż było to ich wielkie hobby. WŚRÓD SĘDZIWYCH DĘBÓW

Naprawdę stare dęby rozpoczynają się tuż za Truszczycą. Miejsce to wręcz zdumiewające, jedno z tych gdzie diabeł mówi dobranoc. Niemal w środku lasu położonych jest kilkadziesiąt domostw. Nie ma tam sklepu ani poczty, nie kursują tu autobusy. Panująca w tym miejscu cisza i spokój kryje jednak w sobie skarb, jakże ważny bo wciąż żywy. Dęby rozpoczynają się już w okolicy tutejszej leśniczówki. Obok niej możemy spotkać 8 drzew, których obwód wynosi 2,9m do 4,5m. Najprawdopodobniej mają około 300 lat. Gdy tylko dotrzemy do ostatnich zabudowań, oczą naszym ukażą się najstarsze i największe drzewa. Są one zlokalizowane w pobliżu zapory wodnej, która w przeszłości miała spiętrzać rzekę dla Kaletańskich Zakładów Celulozowo Papierniczych. Miejsce to jest bardzo piękne i aż prosi się o wykorzystanie go dla odpoczynku. Na zaporze można sobie posiedzieć, czy opalać się słuchając szumu wody. Dodatkowo bardzo przyjemnie można spędzić tutaj czas robiąc sobie grilla bądź piknik. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ludzie tłumnie przybywali tu w weekendy, by posiedzieć sobie w miłej scenerii przyrody. W okolicy zapory wodnej znajdziemy 4 największe i najstarsze dęby szypułkowe, mają od 4,5m do 6,5m obwodu i mogą pochodzić nawet z XV wieku. Obok nich leżą dwa głazy narzutowe. Szczególnie ciekawymi okazami są drzewa o pustych pniach, gdzie wnęki stały się tak wielkie, że można by spokojnie wejść do wnętrza. Zmierzając w stronę Kalet napotkamy na dalsze okazy, nie brakuje tu drzew o ogromnych obwodach dochodzących do 6m i liczących sobie nawet 600 lat. Ogółem wokoło alei znajduje się 127 zabytkowych drzew zlokalizowanych na długości około 1500 metrów. Całą wpisano na listę obiektów prawnie chronionych, a tutejsze drzewa w 1989 roku zostały uznane za pomniki przyrody przez ówczesnego Wojewodę Częstochowskiego. To nie wszystko, gdyż poza główną aleją znajdują się jeszcze trzy boczne, wokoło których również rosną zabytkowe dęby. Przy alei oznaczonej jako A jest ich 72, przy B - 28 a przy C także 72 drzewa.
Musimy sobie uświadomić, że dębom w Truszczycy należy się ogromny szacunek. W swoim długim żywocie przetrwały panowanie wielu cesarzy, królów, książąt, czy hrabiów. Są dowody na to, że niektórych nawet widziały. Sędziwe drzewa przeżyły terror wielu konfliktów, w tym dwóch wojen światowych. Stały się niemym świadkiem rozwoju, a później upadku hutnictwa nad rzeką Mała Panew. Zastanawia tylko fakt, o czym i jak wiele mogłyby nam jeszcze opowiedzieć, gdyby tylko potrafiły mówić. KRAINA BARDZO RZADKICH ROŚLIN

Stare dęby, to nie jedyna atrakcja, jaką mogą tutaj znaleźć miłośnicy przyrody. Środowisko sędziwych drzew sprzyja występowaniu wielu bardzo ciekawych oraz rzadkich gatunków roślin. W Truszczycy możemy spotkać takie okazy jak wiciokrzew pomorski. Jest to roślina, której centrum występowania znajduje się na atlantyckim pobrzeżu zachodniej i południowo-zachodniej Europy. W Polsce gatunek ten jest bardzo rzadki, spotykany głównie na Pomorzu i Dolnym Śląsku. W Truszczycy wiciokrzew pomorski rośnie na powierzchni 30 arów, stanowiąc dominujący element roślinności dna lasu. Miejscami pokrycie powierzchni przez płożące pędy rośliny dochodzi do 100%. Czasem możemy zaobserwować, jak część pędów wspina się ku górze po pniach tutejszych drzew. Kolejnym ciekawym gatunkiem występującym przy Alei Dębowej jest żagwica listkowata. Jest to grzyb rzadki w skali kraju jak i regionu, podlega ścisłej ochronie. Jest też umieszczona na czerwonej liście grzybów wielkoowocnikowanych. Występuje na korzeniach i w części pni drzew liściastych. W Truszczycy występuje u podstawy jednego z zabytkowych Dębów szypułkowatych. Jeszcze innym występującym tutaj, ciekawym grzybem jest ozorek dębowy. W Polsce jest to gatunek rzadko spotykany. Na terenie leśnictwa Truszczyca stwierdzono jego 5 stanowisk. Zazwyczaj ozorek żyje sobie również u podstawy dębów. W KATOWICACH: MUZEUM ŚLĄSKIE BUDYNEK Z PRZESZŁOŚCIĄ

Podczas wznoszenia tego budynku inwestor - Max Wiener nie oszczędzał na niczym. Otrzymał właśnie całkiem pokaźną sumkę za sprzedany miastu hotel "Prusy". Katowicki magistrat wprowadził się bowiem do dotychczasowego, trzypiętrowego hotelu Wienera przy rynku pod numerem 13, on sam zaś - rozpoczął nową budowę na ówczesnej ulicy Zamkowej. Dziś dom ten stoi przy ulicy Wojciecha Korfantego. Przepiękną, neorenesansową konstrukcję (według jednych źródeł projektu Gerda Zimmermanna, według innych - Ignatza Grünfelda) oddano do użytkowania dwa lata przed zakończeniem XIX wieku. Grand Hotel błyskawicznie stał się modnym miejscem w Katowicach, zaś przyjęcia tu organizowane zaliczano do najwytworniejszych. Grand rywalizował nawet z "Monopolem" - perłą górnośląskich hoteli, w którym odbyło się przyjęcie weselne Jana Kiepury i Marty Eggerth (1936). Już około 1922 roku - korzystając z prestiżowej lokalizacji - w budynku "Grand Hotelu" swoje biura otwierać zaczęły kolejne spółki górnicze i hutnicze. Jakiś czas pracował tu nawet Wyższy Urząd Górniczy. Wyzwolenie w styczniu 1945 roku budynek przetrwał bez większego szwanku (w odróżnieniu od podpalonego przez radzieckich żołnierzy pobliskiego hotelu "Welt") - stacjonowała tu nawet komendantura Armii Czerwonej. Następnym, długoletnim już lokatorem były Zakłady Drzewne Przemysłu Górniczego - jedno z niezliczonej liczby przedsiębiorstw pracujących na rzecz polskiego sektora węgla kamiennego. Dopiero w 1984 roku stopniowo zaczęło wprowadzać się tutaj Muzeum Śląskie. I choć jako podstawową lokalizację tej placówki podajemy dom wzniesiony staraniem Maxa Wienera, już wiadomo, że Muzeum długo miejsca tu nie zagrzeje: przeprowadzka do nowego, gigantycznego, częściowo podziemnego obiektu jest coraz bliżej. SZTUKI BARDZO PIĘKNE

Wielka szkoda, że z hotelowego budynku zniknęła wspaniała, hotelowa winda: bogato zdobiony i niezwykle oryginalny dźwig byłby dziś ozdobą Muzeum. Ale i tak warto tam się wybrać: zwłaszcza, jeżeli ktoś chce obejrzeć prawdziwe malarstwo. Pierwsza z wystaw stałych obejmuje zbiory prac powstałych w latach 1800 - 1945. Dzieła trafiły do spisu inwentarzowego Muzeum Śląskiego już w okresie międzywojennym - mieściło się ono wówczas na piątym piętrze gmachu Sejmu Śląskiego (później na potrzeby Muzeum zbudowano supernowoczesny gmach - z ruchomymi schodami oraz klimatyzacją - niestety, został on na początku okupacji rozebrany przez Niemców). Muzeum Śląskie powołano do życia ustawą Sejmu Śląskiego w 1929 roku, jednak eksponaty zaczęto pozyskiwać już kilka lat wcześniej. Pierwszym dyrektorem placówki został doktor Tadeusz Dobrowolski. Większość historycznej kolekcji to obrazy zakupione jeszcze przez Dobrowolskiego, choć część zbiorów przebyła długą drogę. Po 1945 roku zdecydowano, że głównym muzeum regionu będzie bytomskie Muzeum Górnośląskie, Muzeum Śląskie reaktywowano dopiero w roku 1984. Dzięki temu możemy dziś oglądać najwybitniejsze dzieła malarstwa polskiego: obrazy Józefa Pankiewicza, Władysława Podkowińskiego, Olgi Boznańskiej, Jana Stanisławskiego, Stanisława Wyspiańskiego, Józefa Mehoffera, Jacka Malczewskiego, Józefa Chełmońskiego, Jana Matejki, Henryka Rodakowskiego, Piotra Michałowskiego, Maurycego Gottlieba, Aleksandra Hotsisa. Są i dzieła Stanisława Ignacego Witkiewicza powstałe pod szyldem jego firmy portretowej. Kolejna wystawa stała prezentuje dorobek polskiego malarstwa po II wojnie światowej. Są tu (między innymi) Jerzego Dudy - Gracza, Józefa Czapskiego, Jonasza Sterna, Andrzeja Gieragi, Kazimierza Mikulskiego i Zdzisława Beksińskiego. Choć w Muzeum Śląskim obejrzeć można i inne wystawy, kojarzy się ono przede wszystkim ze sztukami pięknymi - szczególnie, że Muzeum potrafi wyjść ze swoją malarską ofertą dosłownie na ulicę. Doskonałym pomysłem jest "Galeria w oknie" adresowana do przechodniów, często zresztą zaskakiwani jesteśmy zaskakującym elementem promującym Muzeum - takim, jak przysypany śniegiem różowy fortepian przy ulicy Korfantego. Muzeum Śląskie ma także swój dział archeologiczny, prowadzi bibliotekę oraz księgarnię. PRZYSZŁOŚĆ Z ROZMACHEM

Kilometr dalej, już za katowickim rondem, na placu budowy trwa ciągły ruch. Plan przewiduje wykopanie w ziemi gigantycznej dziury, zbudowanie w niej nowego budynku Muzeum Śląskiego i... zasypania go ziemią. Z zewnątrz widać będzie tylko szklane instalacje doświetlające pomieszczenia wystawowe. Inwestycja powstaje na terenie dawnej kopalni "Katowice", z wykorzystaniem części poprzemysłowych budowli i instalacji - wieża szybu wyciągowego stanie się więc punktem widokowym. Nowa lokalizacja będzie częścią ogromnego ośrodka, w którym znajdą się także centrum kongresowe i siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Do dawnej kopalni trafi także oddział Muzeum Śląskiego - Centrum Scenografii Polskiej dziś zlokalizowane przy placu Sejmu Śląskiego. Całość kompleksu uzupełnią podziemne parkingi na tysiące pojazdów. Samo muzeum dysponować będzie powierzchnią ponad 6000 metrów kwadratowych. Swoje miejsce znajdą więc nie tylko prace prezentowane w tej chwili przy ulicy Korfantego, ale także tysiące innych eksponatów z konieczności zapełniających dziś magazyny. Będzie nowocześnie, multimedialnie i przestronnie - Górny Śląsk otrzyma wreszcie muzeum na miarę XXI wieku. Choć szkoda może przepięknej budowli sprzed ponad stu lat - zapewne kolejny raz zmieni ona swojego właściciela. HALA WIDOWISKOWA "SPODEK" UFO PO REMONCIE

Wśród dokonań współczesnej architektury kopuły Geigera zajmują miejsce szczególne: są niezwykle piękne, dają wrażenie lekkiej, wyrafinowanej konstrukcji. Najważniejsze dzieła Davida Geigera to Hubert H. Humphery Metrodome w Minneapolis z 1982 roku, dach sali gimnastycznej Seul Olympic (1986) czy Arena Redbird w Illinois z 1988. Ale zanim amerykański twórca zaczął projektować swoje ultralekkie kopuły prętowo - cięgnowe, od ponad 10 lat budowla taka stała już w Polsce. Katowicki Spodek, dzieło Macieja Gintowta i Macieja Krasińskiego wyprzedzał bowiem o kilka długości wszystko to, co świat w owym czasie mógł pokazać. A pomysł zbudowania hali widowiskowej zrodził się w czasie, gdy Katowic w ogóle nie było na mapie. Między 1953 a 1956 rokiem miasto nosiło bowiem nazwę Stalinogrodu. Sama budowla bez wątpienia wytrzymała próbę czasu choć wzniesiono ją na terenie szkód górniczych, nieopodal dawnej hałdy odpadów hutniczych (ma potężne, półkoliste fundamenty) - w pierwszej wersji Spodek miał stać w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku. Kiedy jednak promotor budowy, pochodzący z Radzionkowa śląski wojewoda - Jerzy Ziętek zobaczył projekt, zmienił zdanie. Spodek wzniesiono w centrum: miał być architektoniczną wizytówką miasta, symbolem którego do tej pory brakowało. Zrządzeniem losu pomnik Ziętka stoi dziś kilkaset metrów od Spodka - zaraz za równie charakterystycznym pomnikiem Powstań Śląskich. Pierwszy poważny, dotyczący elewacji remont rozpoczął się dopiero w marcu 2011 - zaplanowano wymianę charakterystycznych romboidalnych paneli pokrywających cały obiekt. Zawierające w sumie kilkadziesiąt ton azbestu elementy zamieniono na nowe, powlekane aluminium. IMPONUJĄCA HISTORIA

Już samo wyliczenie wykonawców muzycznych, którzy koncertowali w Spodku robi niesamowite wrażenie: Black Sabbath, Deep Purple, Eric Clapton, Mike Oldfield, Jean Michel Jarre, Status Quo, Depeche Mode, Metallica, Rammstein, Iron MaidenThe Cure, Electic Light Orchestra, Genesis, Robert Plant i Jimmy Page, Charles Aznawour, John Mayal, Sting, Chris Rea, Clif Richard, Joe Cocker, Tina Turner, Brian Adams, Elton John, Dalida, Vanesa Mae, Simple Red, Cocto Twins, Sepultura, Kraftwerk, Saxon, Lokomotiv GT to tylko niektórzy z nich. Rozegrano w obiekcie Mistrzostwa Świata w Hokeju na Lodzie, Piłce Ręcznej Kobiet, Kulturystyce, Podnoszeniu Ciężarów, Akrobatyce Sportowej, były mecze finału Ligi Światowej w Siatkówce Mężczyzn oraz Mistrzostwach Europy w Zapasach, ME w Lekkoatletyce oraz mistrzostwa kontynentu w koszykówce pań. Lecz profil obiektu jest znacznie bardziej uniwersalny: miłośnicy psów spotykają się tutaj na wystawach, organizowane są liczne imprezy targowe czy środowiskowe - Śląski Festiwal Fryzjersko - Kosmetyczny, Giełda Minerałów i Surowców czy Międzyplanetarne Targi Ślubne. Nie brak miłych ukłonów w stronę Spodka - to tutaj postanowił reaktywować swoją działalność zespół Perfect w 1994 roku. Katowickie UFO wystąpiło też na licznych płytach muzycznych: koncerty live zarejestrowały tutaj grupy: Pearl Jan, Dżem i Hey, DVD nagrane na scenie Spodka mają w swoich dyskografiach Deep Purple, Dżem i Paktofonika. WOKÓŁ TALERZA

Plac przed talerzem to tradycyjne miejsce spotkań mieszkańców Katowic w noc sylwestrową, czasem pojawiają się tutaj kawiarenki, przy okazji zawodów sportowych - stragany z akcesoriami do kibicowania. Z placu doskonale widać monument Powstań Śląskich, który powstawał równolegle ze Spodkiem, jego autorami są rzeźbiarz Gustaw Zemła i architekt Wojciech Zabłocki. Trzy powstańcze skrzydła odlano ze żelaza w słynnej fabryce pomników - Gliwickich Zakładach Urządzeń Technicznych. Pomnik stoi na skraju dawnego ogrodu Thiele - Wincklerów, najstarsze drzewa pobliskiego skweru sadzono jeszcze z myślą o tym właśnie ogrodzie. Między Spodkiem a powstańczym monumentem znajduje się rondo: z przystankami autobusowymi i Rondem Sztuki z galerią oraz kawiarnią. To równie futurystyczny budynek: wokół szklanej kopuły leżą porozrzucane kamienie sugerując, że budowla wyłoniła się spod ziemi rozpychając głazy na wszystkie strony. W pewnym sensie tak właśnie było, bo kopuła wypełnia dziś puste miejsce powstałe po przekopaniu tunelu pod ścisłym centrum Katowic. Galerią zarządza katowicka Akademia Sztuk Pięknych, można więc zawsze spodziewać się tu i ciekawych, i wartościowych wystaw. Nieopodal zresztą mieści się Biuro Wystaw Artystycznych, Muzeum Śląskie, Teatr Wyspiańskiego - wyprawa do centrum Katowic, choć trudno nazwać ją typową eskapadą turystyczną, na pewno nie będzie czasem straconym. Gośćmi Spodka możemy być jednak zawsze, bo niemal każde zawody, każdy koncert, każde targi tu organizowane nazwać można wielkim wydarzeniem. Tak wielkim jak sam Spodek. PARK ŚLĄSKI ZIELONY GIGANT

Pisanie o Parku Śląskim z pewnością nie należy do zadań prostych: już samo ulokowanie go w Katowicach może budzić wątpliwości. Przecież jeżeli udamy się na Stadion Śląski będziemy na terenie Chorzowa, kiedy zaś chcemy odwiedzić planetarium, najwygodniej będzie dostać się tam od strony Siemianowic. Chociaż park jest jeden - obiektów w nim znajdziemy całą masę. Wszystko to ulokowano na olbrzymim, sięgającym sześciuset hektarów terenie. Atrakcji jest tu tyle, że nie sposób zaliczyć je w jeden dzień, jeśli więc ktoś ma zamiar poznać cały park, powinien rozplanować wyprawę precyzyjnie i przygotować się do niej. Zwłaszcza kiedy wybierzemy się tam z dziećmi: zamiast obejrzeć ZOO, planetarium i największy w Polsce ogród różany, możemy utknąć w Wesołym Miasteczku. O Stadionie Śląskim można w tej chwili powiedzieć tylko tyle, że się buduje, będzie miał regionalną, żółto - błękitną kolorystykę i z całą pewnością (czego dowodzi historia) jest szczęśliwy dla piłkarskiej reprezentacji Polski. Cały obiekt - do niedawna nazywany oficjalnie Wojewódzkim Parkiem Kultury i Wypoczynku przechodzi zresztą gwałtowne zmiany. Raz na gorsze (gdy likwiduje się kursy szynowej, ukochanej przez dzieci kolejki) - raz na lepsze, gdy w Wesołym Miasteczku zaczyna pracować nowa karuzela, a w ZOO przybywa nowy lokator. Jednego możemy być pewni - coraz więcej tu imprez, koncertów, wystaw. IMIĘ RÓŻY I KRÓL LEW
Trzydzieści tysięcy krzaków róży w prawie trzystu gatunkach składa się na największe w kraju rosarium. Kwiaty to zresztą wizytówka całego parku, Wzdłuż promenady Generała Ziętka widzimy widowiskowe kompozycje, przy hali wystawowej "Kapelusz" można wziąć udział w giełdzie roślin: choć i tam dominują kwiaty, od wystawców kupimy też iglaki czy zioła do domowego ogródka. Kwiaty posadzono nawet w pobliżu dinozaurów - dolina z kilkunastoma betonowymi gadami cieszy odwiedzających już od ponad trzydziestu lat. Dla dziecka zdjęcie w pozycji wiszącej na ogonie prehistorycznego gada ma wartość wyjątkową. Aby jednak dostać się do doliny należy wykupić bilet do ZOO, które jest domem dla ponad dwóch tysięcy przeróżnych zwierzaków. Śląski Ogród Zoologiczny prowadzi działalność edukacyjną dla szkół, ma własną bibliotekę, dla zwolenników bezpośredniego kontaktu z fauną uruchomił mini-ZOO. Zarówno w ZOO, jak i na terenie całego parku napotkamy mnóstwo roślin egzotycznych. Płuca Śląska są więc nie tylko zielone, ale i ciekawe. Wszystko to można zobaczyć z perspektywy kolejki wąskotorowej lub rowerowej ścieżki, bo - niestety - kolejka linowa Elka odeszła już w mroki historii. Co jakiś czas napotkamy a to bar, a to restaurację, ciekawą rzeźbę, fontannę, 80 - metrowej długości ławkę lub patrol konnej policji. W przystani wypożyczyć można rower wodny i udać się w rejs a nawet opłynąć dookoła piaskową wyspę z palmami. A JEDNAK SIĘ KRĘCI

Tunele strachów, pałace duchów, beczki śmiechu, długi rollercoaster oraz imponujący diabelski młyn - w Śląskim Wesołym Miasteczku jest wszystko co trzeba. Nie jest żadną tajemnicą, że jeszcze nie tak dawno sytuacja finansowa w Miasteczku wesoła nie była - przestały pojawiać się nowe urządzenia rozrywkowe, wiele starych (ze względu na wiek) musiało zostać zdemontowanych. Teraz jednak wizytę w instytucji tej polecić można z czystym sumieniem - na pewno nikt nie wyjdzie rozczarowany, zwłaszcza że rollercoaster czy zjazd z wieży wprost do wody w specjalnej łodzi potrafią mocno podnieść poziom adrenaliny. Na przeciwległym krańcu Parku ulokowało się Śląskie Planetarium - największy i najstarszy tego typu obiekt w Polsce. Nie tylko można spojrzeć tu w gwiazdy, lecz także udać się na ciekawy koncert albo wziąć udział w lekcji astronomi. Korty tenisowe, kompleks basenów (Kąpielisko Fala), park linowy dla dzieci, hotele, galerie, wypożyczalnie przeróżnego sprzętu - atrakcje Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku wymieniać można długo. Ale nawet sam spacer tętniącymi zielenią alejkami daje sporo satysfakcji i wyciszenia po zgiełku Katowic czy Chorzowa. NIKISZOWIEC,
GISZOWIEC ŚWIAT ZBUDOWANY Z CEGIEŁ

Gdy kończył się XIX wiek, a do poważnego kryzysu w górnośląskim przemyśle brakowało jeszcze kilkunastu lat, o dobrego pracownika było trudno. Szczególnie wtedy, gdy proponowało mu się pracę niemal w środku lasu, a takim właśnie miejscem był jeden z czternastu szybów kopalni "Giesche". Szybowi temu nadano imię górniczego asesora - Kurta Nickischa: stąd nazwa całego osiedla - Nikiszowiec. W budowlach z czerwonej cegły nie byłoby nic szczególnego - wszak cały Śląsk obfituje w familoki, są w Zabrzu - Rokitnicy, bytomskim Bobrku, Siemianowicach i wielu innych miejscach. Jednak to co kuzynowie Emil i Georg Zillmann z Berlina zaprojektowali w Katowicach jest niepowtarzalne - nie znajdziemy czegoś podobnego nigdzie indziej na całym świecie. Po pierwsze - to jeden wielki budynek. Gdyby wszystkie prace przeprowadzono zgodnie z projektem, dziś Nikiszowiec wyglądałby jak plansza do gry w kółko i krzyżyk dla olbrzymów. Środków jednak zabrakło, mamy więc obiekt o wymiarach około 800 na 1200 metrów, w którym na wewnętrzne ulice wchodzi sie przez charakterystyczne bramy. Wszystkie domy (łącznie dla 1200 mieszkańców) mają trzy kondygnacje. Po drugie - miasteczko miało być samowystarczalne: przewidziano piekarnię, szkołę, pralnię, restaurację, aptekę, czytelnię i basen. Nie udało się zrealizować tylko dwóch ostatnich obiektów, choć znaleziono miejsce na posterunek żandarmerii (z aresztem na jednego więźnia). Według projektu Zillmannów wybudowano także kościół. Jak na czasy, w których osiedle powstało (1908 - 1919) oferowano tu niezwykle wysoki standard: trzy- lub czteroizbowe mieszkania (z udziałem w piwnicach i strychach) o powierzchni około 70 metrów kwadratowych. Był prąd elektryczny, kanalizacja, wodociąg i oczyszczalnia ścieków. Na dziedzińcach urządzono ogródki, często instalowano tam wielkie piece chlebowe, trafiały się chlewiki i różnorakie komórki. Bardzo dbano o indywidualny charakter wszystkich wchodzących w skład kompleksu budynków: nie ma dwóch takich samych elewacji. STO LAT SAMOTNOŚCI

Czerwona cegła połączona z niepowtarzalnym detalem i wspaniałym pomysłem architektonicznym zaowocowały prawdziwą magią. Dodajmy - magią całkowicie miejscową, bo zanim przystąpiono do budowy osiedla, w jego południowo - wschodniej części uruchomiono cegielnię. Tam wypalano magiczną, nikiszowiecką cegłę. Magię Nikiszowca czują przede wszystkim artyści. Dzielnica wystąpiła więc w filmach Kazimierza Kutza oraz "Angelusie" Lecha Majewskiego. Często malowali go artyści z kręgu nieprofesjonalnej Grupy Janowskiej. Całymi oddziałami zjeżdżają tu fotograficy, trudno zresztą trafić na taki dzień, w którym dzielnica nie jest fotografowana czy filmowana z użyciem ciężkiego sprzętu. Z pewnością obecny jest też duch historii, bo w ciągu ostatnich stu lat Nikiszowiec przeżył niemal wszystko, co przeżyć może robotnicza dzielnica: strajki (1916, 1918, 1919, 1937), powstania śląskie. Było rekwirowanie kościelnych dzwonów (1843), okupacja, wcielenia do Wehrmachtu, nawet epidemia tyfusu (1917). Z planowanego dobrobytu nie skorzystano praktycznie nigdy: ciężkie czasy zaczęły się zaraz po zbudowaniu Nikiszowca. Upływ czasu odczuły także mury z czerwonej cegły. Dzisiejszych czasów nie doczekała prawdziwa perła dawnych, robotniczych Katowic - kolejka wąskotorowa Balkan. Obecna jest tylko w nazwie okolicznościowo wybitej monety. Linia między Szopienicami, Nikiszowcem i Giszowcem pracowała od pierwszej dekady dwudziestego wieku - zamknięto ją dopiero w 1977 roku. Choć w zamyśle uruchomiono ją na potrzeby dojeżdżających do pracy górników, podróżować za darmo mógł nią każdy. Trasa liczyła trzy i pół kilometra długości, w dni robocze pociąg wykonywał 28 kursów mogąc przewieźć dziennie osiem tysięcy pasażerów. Choć od czasu do czasu głośno mówi się o planach reaktywowania Balkana (mógłby obsługiwać ruch turystyczny do popularnej i położonej nieopodal Doliny Trzech Stawów), do dziś zachowały się tylko dwa historyczne wagoniki. Oglądać można je tuż przy kopalnianym szybie, w towarzystwie dawnych górniczych znaków granicznych z kamienia. Kolejka znalazła się także na obrazie Ewalda Gawlika. PIĘKNA WIEŻA

Nikiszowiec to przykład robotniczego osiedla o charakterze miejskim; jeśli ktoś chce zobaczyć osiedle wiejskie - powinien wybrać się do Giszowca. Zamysł zbudowanej w latach 1906 - 1910 dzielnicy był prosty: miała składać się z domków o spadzistych dachach otoczonych z każdej strony ogrodami. Choć ogrody i domki nadal istnieją, jedyne potężne otoczenie to dziesięciopiętrowe wieżowce osiedla Staszica. Polityczną decyzją z lat dynamicznej budowy socjalizmu wyburzono niemal 70% dawnego osiedla - ogrodu. To co zostało, podobnie jak Nikiszowiec z biegiem lat powoli traci swój pierwotny charakter. Trudno dziwić się mieszkańcom, że chcą mieć szczelne, nowoczesne okna czy dobrze domykające się drzwi, o porządnej dachówce nie wspominając - szkoda jednak, że turyści odwiedzający to miejsce pytają często, gdzie właściwie jest ten Giszowiec. Prawdziwego detektywa trzeba zresztą by odnaleźć to, co na Giszowcu najpiękniejsze - wspaniałą wieżę ciśnień z licznymi detalami o doskonałych proporcjach stanowiącą dzieło sztuki industrialnej najwyższych lotów. Wieża schowana jest wśród drzew, w zdewastowanym otoczeniu pobliskiej drogi szybkiego ruchu w kierunku Bielska - Białej. Na Giszowcu odwiedzić możemy śląską izbę regionalną zlokalizowaną w tak zwanej Gawlikówce - domu, w którym tworzył niegdyś Ewald Gawlik - zafascynowany malarstwem Toulouse - Lautreca artysta z kręgu Grupy Janowskiej. Być może potencjał turystyczny drzemiący w Nikiszowcu i Giszowcu zostanie kiedyś wykorzystany pełniej niż dziś. Coraz częściej można tam trafić na koncerty, festiwale regionalne, imprezy promocyjne. Był festiwal sztuki naiwnej, święto krupnioka, liczne jarmarki. Jednak na zakończenie procesu przejścia z etapu degradacji do etapu rozkwitu trzeba będzie jeszcze poczekać. KOPALNIA WUJEK W KRZYŻU KRZYŻ

Kiedy bezpośrednio przed obchodami trzydziestej rocznicy ogłoszenia stanu wojennego porządkowano teren wokół pomnika w kopalni "Wujek", zastanawiano się nad kolejnym pomalowaniem wielkiego, betonowego krzyża. Zdecydowano jednak, że odnawiania pomnika nie będzie - malowano go co prawda pięć lat wcześniej, jednak bardzo szybko pokrył się węglowym pyłem. Kopalnia wciąż pracuje: wydobywa, sortuje, wysyła węgiel i - dokładnie tak jak w 1981 roku - wszystko dookoła szybko tutaj szarzeje. Szara jest kopalnia, bloki tuż obok, ulice, nawet drogowe lustro. Tylko krzyże obecne przy kopalni od czasu tragicznych wydarzeń przypominają, że to miejsce szczególne. Pierwszy drewniany krzyż ustawiono tu niemal natychmiast po dramacie, około godziny 17.00 16 grudnia 1981 roku. Dębowy, mierzący dwa i pół metra wysokości symbol górnicy nazywali krzyżem misyjnym - towarzyszył on mszom z udziałem zakładowej "Solidarności" już od listopada 1980 roku. Kiedy na "Wujku" padły strzały, robotnicy przenieśli krzyż w miejsce, gdzie czołg zburzył kopalniany mur. Pracownice lampowni na ramionach krzyża zawiesiły siedem górniczych lamp - nie wiedziano jeszcze wówczas, że w szpitalu umrze jeszcze dwóch protestujących z "Wujka". Pod koniec stycznia 1982 roku symbol zniknął - sprawców profanacji nigdy nie wykryto. Wzburzenie społeczności było jednak tak duże, że władza nie ośmieliła się już ingerować w postawienie kolejnego krzyża - już większego, ozdobionego wizerunkiem patronki górników - świętej Barbary. To ten krzyż znajduje się dziś na wysokości 34 metrów: otulony ramionami betonowego, widocznego już z daleka symbolu górniczej śmierci. Duży krzyż stanąć mógł dopiero po zmianach ustrojowych: odsłonięto go i poświęcono 15 grudnia 1991 roku. DZIEWIĘCIU Z WUJKA

Pierwsza krew z kopalni "Wujek" polała się już pierwszej nocy stanu wojennego. Milicjanci, którzy przyjechali aresztować popularnego szefa zakładowej "Solidarności" Jana Ludwiczaka wpierw musieli się wycofać, wrócili jednak z licznymi posiłkami - podczas wywlekania działacza z mieszkania pobito próbujących bronić go kolegów. Pod drzwiami mieszkania zostały ślady górniczej krwi oraz strzępy rozwalonych siekierą drzwi. Aresztowanie przewodniczącego (internowanego podobnie jak niemal 6000 innych osób) mocno wpłynęło na atmosferę w kopalni. Wśród postulatów strajkujących górników wciąż pojawiał się stały punkt - uwolnienie Ludwiczaka. Po dwóch dniach, 15 grudnia - do załogi dotarły wieści z kopalni "Manifest Lipcowy": w czasie pacyfikacji tego zakładu użyto broni, byli ranni. Górnicy rozpoczęli przygotowania do walki, wznoszono barykady z wózków na urobek i elementów kopalnianej wentylacji, wkrótce wokół zakładu pojawiły się czołgi i transportery opancerzone. Do ostatecznego szturmu na kopalnię "Wujek" wyznaczono 8 milicyjnych kompanii, trzy kompanie bojowych wozów piechoty, kompanię czołgów, siedem bardzo silnych armatek wodnych oraz pluton specjalny ZOMO. To funkcjonariusze plutonu oddali strzały w kierunku górników. Po spacyfikowaniu kopalni władza rozpoczęła akty zemsty: sąd umorzył śledztwo w sprawie śmierci górników - uznano, że milicjanci działali w obronie koniecznej; skazano za to organizatorów strajku: Stanisław Płatek usłyszał wyrok czterech lat więzienia, Jerzy Wartak - trzech i pół roku, dwóch innych związkowców skazano na trzy lata więzienia. Na prawdziwy wyrok w tej sprawie trzeba było czekać aż 28 lat - zapadł on 18 czerwca 2008 w katowickim Sądzie Apelacyjnym: na kary pozbawienia wolności skazano piętnastu członków plutonu specjalnego. MUZEUM JAK KROMKA CHLEBA

Muzeum przy kopalni jest skromne - mieści się tuż obok miejsca, w którym 16 grudnia 1981 roku padły strzały. Ekspozycja podzielona jest na trzy pomieszczenia - w największym znajdziemy pamiątki z okresu stanu wojennego. Kilkanaście metrów kwadratowych powierzchni ma wykonana w skali 1 : 100 makieta kopalni - widzimy pancerne pojazdy, milicjantów, żołnierzy i górników broniących się wśród budynków zakładu. Wszystko - tak jak w 1981 roku - pokrywa śnieg. Wśród eksponatów jest przestrzelony pociskiem górniczy kask Jana Stawisińskiego - dar ten otrzymało Muzeum od jego matki, są łuski nabojów wystrzelonych na "Wujku", elementy wyposażenia ZOMO, manekiny ukazujące walkę górnika z milicjantem. Są fotografie, nagrania dźwiękowe, jest możliwość obejrzenia filmu. Projekcje odbywają się w drugiej - audiowizualnej części muzeum - tam również znajduje się krzyż z dziewięcioma górniczymi lampkami. Trzecia część ekspozycji poświęcona jest górnictwu i Górnemu Śląskowi - zawiera oryginalny mundur oficerski z czasu powstań, historyczny już mundur górniczy, kolekcję lamp używanych przy pracy pod ziemią, fragment obudowy ścianowej, sztandary, narzędzia (między innymi ciężki świder do wierceń pod ziemią), fotografie, plany, mapy, rysunki. Jeżeli z muzeum ulicą Gallusa przejdziemy kilkaset metrów, po prawej stronie zauważymy zabytkową, pochodzącą z 1912 roku wieżę ciśnień. Na początku swojej historii była ona źródłem wody pitnej dla najbliższej okolicy, potem przez 60 lat dostarczała wodę do górniczej łaźni. W grudniu 1981 roku w miejscu tym stał samochód, którym wywożono aresztowanych - wbrew deklaracjom władzy - górników. CENTRUM SCENOGRAFII WALKA Z MARNOTRAWSTWEM

Refleksja ta często pojawia się u miłośników teatru: scenografia jest poniekąd sztuką marnotrawioną. Wspaniałe dekoracje przygotowane wielkim nakładem sił i środków po zakończeniu sezonu lądują najpierw - na jakiś czas - w magazynie, później zaś - trafiają na śmietnik. U źródła powstania Centrum Scenografii Polskiej w Katowicach znalazła się przemożna chęć skończenia z tym marnotrawstwem. W Warszawie działa co prawda Instytut Teatralny zajmujący się dokumentacją polskiego życia teatralnego (głównie w dziedzinie wydawnictw), do 1991 roku - kiedy powołano w Katowicach Centrum Scenografii - placówki poświęconej tej dziedzinie sztuki po prostu nie było. Już kilkanaście lat wcześniej do powołania takiej jednostki publicznie zachęcał wybitny polski scenograf, organizator życia teatralnego, autor licznych publikacji fachowych i wykładowca - Zenobiusz Strzelecki. Choć Strzelecki otwarcia Centrum nie doczekał - zmarł cztery lata wcześniej - jego idea nie tylko znalazła w Katowicach swoją materialną formę, ale spotkała się z entuzjastycznym wprost przyjęciem środowisk teatralnych. Spośród kilkunastu tysięcy scenograficznych eksponatów przechowywanych przez CSP aż 90% stanowią dary samych twórców. Znajdują się tu pracę najwybitniejszych postaci polskiej sztuki scenicznej: Andrzeja Wajdy, Tadeusza Kantora, Józefa Szajny, Otto Axera, Wojciecha Langego, Zofii Wierchowicz, Andrzeja Kiliana, Jana Kosińskiego, Andrzeja Stopki, Lidii i Jerzego Skarżyńskich, Janusza Majewskiego czy Kazimierza Wiśniaka. W zbiorach najliczniejszą grupę stanowią projekty, nie brakuje jednak elementów dekoracji, kostiumów, lalek i wszystkiego, co związane jest z teatralną inscenizacją. Pierwszym i zasadniczym celem Centrum Scenografii jest więc gromadzenie i dokumentowanie wszelkich przejawów polskiej sztuki scenograficznej. FILAR DRUGI - EDUKACJA

Na potężnej bazie dokumentacyjnej zbudowano ciekawą ofertę służącą edukacji. Centrum Scenografii proponuje więc cały zestaw lekcji muzealnych skierowanych do wszystkich możliwych grup wiekowych - od przedszkolaków aż po studentów szkół wyższych. Możliwe jest też zamówienie zajęć dla grup złożonych z gości indywidualnych. Lekcje dotyczą nie tylko wąsko rozumianej scenografii; są warsztaty związane z kostiumem w teatrze i filmie, teatrem lalkowym i zagadnieniami specjalistycznymi - na przykład rolą dźwięku w artystycznej inscenizacji. Są i propozycje tematyczne - wykłady poświęcone elementom wampirycznym we współczesnej kulturze popularnej; nie brakuje pozycji związanych z historią teatru czy sztuką animacji. Szczególne zajęcia to edukacyjna zabawa z dziećmi w weku 7 - 12 lat: mali goście przebierają się w wykonane własnoręcznie kostiumy i prezentują swoim opiekunom na specjalnym pokazie mody. Ponieważ dosłownie za ścianą mieści się Teatr Korez, często zajęcia (zwłaszcza wakacyjne) odbywają się pod auspicjami obu instytucji. Centrum Scenografii i Teatr to zresztą tradycyjni partnerzy w wielu przeróżnych działaniach. W CSP działa także biblioteka fachowa służąca autorom prac naukowych, studentom i uczniom - pozycje książkowe związane z teatrem, czasopisma, programy przedstawień dostępne są na miejscu. Katowickie Centrum jest organizatorem imprez: uroczyście obchodzi się tutaj przypadający 27 marca Międzynarodowy Dzień Teatru, prowadzi autorski Festiwal Nowej Scenografii. SPACER PO ŚNIEGU

Kiedy odwiedzający Centrum gość przechodzi kolejne przestronne sale ekspozycyjne, zaczyna zdawać sobie sprawę jak skomplikowanym zagadnieniem jest inscenizacja artystyczna. Widzimy prace o niemal architektonicznym charakterze, fotogramy z przedstawień, które same w sobie stanowią dzieła sztuki, kostiumy, rekwizyty, projekcje wideo. Możemy przysiąść na niepowtarzalnej kanapie, przewertować karty starego czasopisma teatralnego, pospacerować po sztucznym śniegu i obejrzeć na dużym ekranie fragment spektaklu. Wydaje się, że twórcy ekspozycji szczególną uwagę zwrócili na dwa elementy - to (po pierwsze) rola wypełnienia przestrzeni w teatrze - znaczenie każdego szczegółu w zbudowaniu miejsc z pozoru tylko stanowiących tło dla aktora, w rzeczywistości zaś - grające na równi z człowiekiem Po drugie - widzimy zasadnicze znaczenie gry świateł scenicznego świata. Zaraz po przekroczeniu ciasnego wejścia trafiamy bowiem do sali, gdzie króluje półmrok, by - po chwili - znaleźć się w jasnych pomieszczeniach tworzących tematyczne strefy. Mnóstwo tu muślinów, siatek, tkanin mniej lub bardziej przezroczystych, typowych i nietypowych źródeł jasności - lamp, ekranów czy powierzchni odbijających światło. Centrum Scenografii Polskiej jest oddziałem Muzeum Śląskiego w Katowicach, prowadzi działalność wydawniczą, naukową, w dziedzinie edukacji współpracuje także z podmiotami zagranicznymi, swoje zbiory prezentuje także w innych placówkach muzealnych całego kraju. W MIASTECZKU
ŚLĄSKIM: ZATOPIONA KOPALNIA
BIBIELA TYLKO DLA ORŁÓW

Trudno miejsce to nazwać dostępnym: dojazdu samochodem lepiej nie próbować, bo i leśna droga nie jest szczególnie przyjazna, i leśnicy - prowadzący tu liczne prace wycinkowe - nie są do łamiących zakaz nastawieni pozytywnie. Czasem tolerują pojazd fotografa z dużą ilością sprzętu, choć i to wymaga umówienia telefonicznego. Z łatwością dotrą do celu rowerzyści, kierując się pomarańczowymi znakami od rynku w Miasteczku Śląskim, przez zalew Nakło - Chechło i Żyglin. Trasa liczy ponad 13 kilometrów - wytycza ją niemal 200 znaków. Można wybrać wędrówkę pieszą: z zalewu lub od drogi 908. Mamy wówczas do wyboru albo Stuletnią Drogę - od stacji uzdatniania wody Bibiela liczącą około dwóch kilometrów (trudniej na koniec znaleźć kopalnię), albo nieco dłuższą - Szyndrosem. W zamian otrzymujemy wszystko, co las może dać najlepszego - przepiękny pejzaż, kontakt z naturą i liczne bonusy: a to widok paśnika dla jeleniowatych, a to efektowną hubę. W okolicy sporo się dzieje, na północy - zachód od kopalni mamy jedną ze szkółek leśnych, w sezonie wycinkowym w wielu miejscach napotkamy dopiero co ścięte pnie. W lesie dominują świerk i sosna, choć są też brzozy, graby, dęby, buki a także lipy - niektóre bardzo stare. To wymarzone miejsce dla grzybiarzy oraz miłośników leśnego ptactwa. Na wycieczkę do Pasiek warto więc zarezerwować sobie więcej czasu i po prostu powłóczyć się po okolicy. Warto trzymać się - nawet pieszo - szlaku rowerowego: poprowadzono go tak, by turysta nie ominął niczego ciekawego. Czasem droga wiedzie przez prowizoryczną kładkę i można zabłocić buty, czasem dają się we znaki komary, bo okolica jest podmokła. STULETNI BIUROWIEC

Zatopiona kopalnia Bibiela - Pasieki to bez wątpienia miejsce magiczne. Można tu być sto razy - otoczenie wciąż prezentować będzie się nam inaczej. Letnim porankiem przy ziemi snuje się tajemnicza mgła, ostre wiosenne słońce wydobywa z wody jasne rozbłyski, zimą las wygląda jak z bajki braci Grimm. I jak w bajce z ziemi wyłaniają się dziwne konstrukcje. To pozostałości biurowca, w którym przed wiekiem wystawiano faktury dla całej Europy. Kopalnia była jednym z licznych przedsięwzięć przemysłowca Hugo I Henckel von Donnersmarcka z linii siemianowickiej; zanim jednak zakład w 1891 osiągnął pełną moc produkcyjną, stary Hugo od roku już nie żył. Formalnie pracowały tu dwie kopalnie - "Szczęście Flory" (wydobywająca rudy cynku i ołowiu) oraz specjalizująca się w rudzie żelaza "Bibiela". Faktycznie jednak obie kopalnie znajdowały się pod jednym zarządem, pracowała tu ta sama, licząca 700 osób załoga - zmieniając stanowiska pracy w obu zakładach jeśli zaszła taka potrzeba. W okolicy wydrążono wiele szybów, choć nisko zalegające pokłady nie wymagały prac głębinowych - funkcjonowała na przykład sztolnia schodząca stopniowo na głębokość 90 metrów. Od samego początku były problemy z wodą, by im zaradzić sprowadzono liczne, supernowoczesne pompy - obsługiwali je specjalnie wyszkoleni pracownicy. To właśnie oni byli ostatnimi ludźmi, którzy w pośpiechu, gonieni przez wodę opuścili kopalnię w czasie dramatu 17 czerwca 1917 roku. Do końca obsługiwali maszyny, które powierzono ich pieczy. Ewakuację ułatwiła konstrukcja zakładów - bez pionowych szybów. KOPALNIA POD WODĄ

To co widzi odwiedzający dawną kopalnię jest opowieścią o odwiecznej walce człowieka z przyrodą. Próba wyrwania spod ziemi naturalnego bogactwa - choć przez niemal 30 lat udana - zakończyła się klęską. Natura odebrała co swoje i do dziś włada terenem tym niepodzielnie. Zaraz po katastrofie podejmowano liczne próby osuszenia wyrobisk, udało się jedynie odzyskać część podziemnego wyposażenia. W miejscu, gdzie niegdyś prowadziła droga pod ziemię jest dziś malownicze jeziorko, bloki betonu dawnych budynków zarosły wszelaką roślinnością. Na tablicy informacyjnej przy leśnym stoliku zobaczyć można archiwalne fotografie kopalni oraz poczytać o jej historii. Zwiedzać rejon kopalni można całymi godzinami odkrywając wciąż nowe oczka wodne i podziwiając nieprawdopodobnie piękne leśne widoki. Tylko tyle zostało po bogatych planach. Kiedyś do Miasteczka Śląskiego prowadziła stąd linia kolejowa, otoczenie przypominało dziesiątki innych, dziewiętnastowiecznych zakładów przemysłowych Górnego Śląska, nad szybami unosiły się dźwięki pracujących maszyn i głosy setek ludzi pracujących przy wydobyciu. Bibiela nie tylko pokazuje siłę oraz bogactwo przyrody - jest także lekcją pokory wobec natury. Wystarczyły dwie godziny, by dziesiątki lat ludzkiej pracy zamienić w kilka małych, leśnych jeziorek. Fascynująca historia zatopionej kopalni ma swoich wielbicieli - w Miasteczku Śląskim i nie tylko: takich jak Dawid Szurgacz wytyczający trasę rowerową i promujący to miejsce. Może i Państwo dołączycie do ich grona? KOŚCIÓŁ
DREWNIANY DREWNO KONTRA WIEKI

Marcin Gebck i Joan Dzyjkowic to nazwiska mistrzów, którzy w 1665 roku rozpoczęli budowę kościółka. Choć jako oficjalną datę wzniesienia świątyni podaje się rok 1666, prace trwały jeszcze przez kilka miesięcy następnego roku. Spóźnień było zresztą więcej: Miasteczko posiadało wszak prawa miejskie już od 1561 roku - z nadania Jerzego Fryderyka Ansbacha, przez ponad wiek nie miało więc własnego kościoła. Świątynię konsekrowano także dość późno, bo w 8 maja 1670, przez niemal dwieście lat pełniła ona zresztą funkcje filialne - aby oprawić nabożeństwo przybywał do Miasteczka ksiądz z pobliskiego Żyglina. W ciągu wieków drewniana budowla zmieniła się tylko nieznacznie: w XIX wieku zlikwidowano kaplicę boczną, w jej miejscu dobudowano kruchtę. Sam obiekt oglądać możemy niemal w takim stanie, jak widzieli ją idący na niedzielną mszę wierni w XVII wieku. Aby dostać się do świątyni musieli oni przejść przez bramę drugiego z drewnianych obiektów - okazałej dzwonnicy zbudowanej na planie kwadratu. Cały teren był ogrodzony i mieścił jeszcze cmentarz parafialny przeniesiony w inne miejsce dopiero w roku 1815. Nawę świątyni oparto na rzucie prostokąta przy czym prezbiterium ma kształt trójkąta. Na jedenastu solidnych słupach wsparto chór. Zgodnie z nomenklaturą architektoniczną, kościółek posiada konstrukcję zrębową, dach jest dwukalenicowy, pokryty gontem z sześcioboczną wieżyczką posiadającą cebulasty hełm z latarnią i iglicą. Charakterystyczne dla tej budowli są soboty: podcienia oparte na słupach, które otaczają znaczną część kościółka - elementy te służyły nie tylko ociepleniu wnętrza i ochronie przed deszczem, pełniły także - w razie potrzeby - funkcję doraźnych magazynów na przeróżne sprzęty czy wyposażenie kościelne. Szczególnie urokliwie soboty wsparte na słupach z zastrzałami wyglądają zimą, gdy zalega na nich śnieg nadając gonotwemu pokryciu nieco inny wygląd - z wyraźnie złagodzonymi krawędziami. CZAS ZATRZYMANY WE WNĘTRZU

Wewnątrz nie ma już dumy parafian sprzed wieków: obrazu Matki Bożej Bolesnej namalowanego około 1669 roku i pokrytego sukienką z roku 1770 - malunek na desce przeniesiono bowiem do pobliskiego kościoła murowanego. Znajdziemy za to ołtarz boczny z epoki baroku. W jego dolnej części znajduje się wyobrażenie świętych Piotra i Pawła w postaci malowanej, drewnianej tablicy (pradelli) obok tabernakulum. Co ciekawe pradella pochodzi z roku 1600 - jest więc ilustracją zjawiska umieszczania w kościołach dzieł sztuki pochodzących z czasów przed wybudowaniem świątyni. Warto zwrócić uwagę na poziomą belkę tęczową - to drewniany element, który spinał łuk tęczowy: miejsce oddzielające nawę świątyni od prezbiterium. Jak w wielu innych kościołach z tamtych czasów miasteczkowska belka tęczowa stanowi oparcie dla dużego krucyfiksu (czasem umieszczano w tym miejscu także figurę Matki Boskiej lub innych świętych). Wyryto tam datę budowy świątyni oraz nazwiska ówczesnych miejscowych notabli. Na ścianach znajdują się oznaczone farbą miejsca, w których - podczas konsekracji ponad trzy wieki temu - oznaczono wnętrze świętymi olejami: to tak zwane zacheuszki. Warto zwrócić uwagę na kamienną kropielnicę z XVIII wieku oraz organy skonstruowane w roku 1846 czy polichromie obecne na ścianach czy sklepieniach - także w obrębie łuku tęczowego. Całe wnętrze zachwyca zresztą kształtami i kolorami - ma niesłychanie piękne proporcje, zaś za sprawą wszechobecnego drewna atmosfera jest tu niespotykana. Choć z zewnątrz wygląda niepozornie, miejsce to wcale nie jest ciasne. Wizyta w miasteczkowskim kościółku to prawdziwe przeniesienie do przeszłości: minione wieki naprawdę mówią tam do nas. KONCERTY I GAŚNICE

Świątynia w Miasteczku miała szczęście: w odróżnieniu od innych drewnianych kościołów, których nie oszczędził czas lub żywioły, stoi na swoim miejscu w niemal takim samym kształcie, jak w chwili oddania do użytku. Włączono go do śląskiego Szlaku Architektury Drewnianej obok dziewięćdziesięciu podobnych obiektów. Od dawna też jest przedmiotem troski: w samym tylko wieku XX przeprowadzono dwie poważne renowacje: najpierw w latach 1927 - 28 (kiedy nadano mu status zabytku prawnie chronionego) oraz między 1964 a 1966 rokiem. Nic więc dziwnego, że całą budowlę oplatają metalowe elementy systemu odgromowego. Nie dziwią też liczne gaśnice wszechobecne w miasteczkowskim kościółku. Wnętrze nie jest dostępne dla zwiedzających. Jeżeli jednak komuś zależy - bez trudu obejrzy wnętrze - na przykład wybierając się na koncert organowy. Jesienią odbywają się tutaj koncerty w ramach festiwalu imienia Teodora Christopha - wielce zasłużonego - nie tylko dla Miasteczka - kapłana żyjącego w latach 1839 - 1893. Ksiądz Christoph zasłynął pomagając biednym, troszcząc się o edukację swoich parafian oraz niosąc wsparcie potrzebującym bez względu na narodowość czy wyznawaną przez nich religię. Skromnego i obdarzonego ogromnym autorytetem wiernych kapłana odnajdziemy na kartach wielu opracowań poświęconych wybitnym przedstawicielom górnośląskiego kleru. Teodor Christoph pochowany jest w Miasteczku Śląskim, zaś jego dzieło (realizowane poprzez kult Matki Bożej Bolesnej czy pielgrzymki do Piekar Śląskich oraz na Górę św. Anny) obecne jest w Miasteczku do dziś. W MYSŁOWICACH: MUZEUM
POŻARNICTWA RAJ W KOLORZE OGNIA

Każdy chłopiec - duży i mały - a zapewne i niejedna dziewczynka po wejściu do hali głównej mysłowickiego Muzeum poczuje się jak w raju. Dziesiątki pojazdów (zdecydowana większość w kolorze czerwonym) czekają tylko, by je podziwiać. Jeśli bowiem mężczyzna twierdzi, że w dzieciństwie nie chciał być strażakiem to albo kłamie, albo ma kłopoty z pamięcią. Centralne Muzeum Pożarnictwa zorganizowali ludzie, którym marzenie to udało się zrealizować. I zrobili to profesjonalnie. Ogromna, dwupoziomowa przestrzeń wystawowa, dobre - naturalne oświetlenie, czystość i porządek - to rzuca się w oczy zaraz po wejściu. Samochody stoją tak, jak gdyby za chwilę mogły wyruszyć do akcji: w wielu przypadkach to zresztą możliwe, bo gdy odbywa się większa impreza wozy ogniowe wyjeżdżają także na zewnątrz. Wystarczy zatankować, uzupełnić zapas wody i włączyć syrenę. Wspaniale prezentuje się Federal z 1931 roku z drabiną podciąganą za pomocą łańcuchów i ogromnym bębnem na wąż gaśniczy z tyłu nadwozia. Tuż obok zaparkował amerykański Mack - F 45 z roku 1947 ważący niemal cztery i pół tony. Najstarszym autem w kolekcji jest Benz - Gaggenau z 1913 roku, ale to dopiero czubek lodowej góry, bo technologia wspierała gaszenie pożarów znacznie wcześniej, niż skonstruowano pierwszy samochód. Mamy więc w Mysłowicach liczące ponad 150 lat wozy konne z osprzętem do gaszenia pożarów: wyposażone w drabiny, przystosowane do przewożenia drużyn strażackich czy też z zainstalowanymi pompami. Na podstawie eksponatów pomp zgromadzonych w Muzeum można zresztą napisać doktorat: ręczne, spalinowe, elektryczne - małe duże, przewoźne i przenośne. Oddzielna historia to drabiny: można obejrzeć białego kruka z 1927 roku - autodrabinę firmy Magirus. To nie jedyny eksponat pochodzący z założonej w 1866 roku Conrada Dietricha Magirusa firmy. Mimo pozycji światowego lidera oraz licznych, doskonałych wyrobów dla pożarnictwa (szczególnie dobrą sławą cieszyły się właśnie drabiny) - Magirusowi nie udało się przetrwać wielkiego kryzysu w latach trzydziestych dwudziestego wieku. HISTORIA PISANA PŁOMIENIEM

Na piętrze zgromadzono eksponaty lżejsze: przede wszystkim te, związane z ubiorem strażaka. Prezentowana jest kolekcja historycznych hełmów z XIX i XX wieku - w tym egzemplarze ze starannie polerowanego mosiądzu. Ekspozycja obejmuje także sztandary - głównie z jednostek Górnego Śląska. W gablotach widzimy również przegląd współczesnej pożarniczej mody z różnych stron świata, wyjściowo (galowo) i bojowo prezentują się - między innymi - strażacy amerykańscy, niemieccy, austriaccy, szwajcarscy, francuscy, holenderscy i oczywiście polscy: w wersjach męskiej i damskiej. A dalej - kolejne planety ze strażackiego wszechświata: bosaki, lampy, sikawki, aparaty służące ochronie dróg oddechowych, sygnalizatory dźwiękowe, gaśnice, węże i tysiąc innych akcesoriów przydatnych do walki z płomieniami. Specjalny dział poświęcono historii straży śląskiej: wokół sikawki konnej z przełomu XIX i XX wieku zgromadzono wielkoformatowe zdjęcia najstarszych jednostek ogniowych z Górnego Śląska i Zagłębia. Dalej prezentowane są medale i odznaki strażackie, dokumenty, świadectwa zawodowe i dyplomy. W części narożnej zlokalizowano kącik branżowy z portretami kolejnych komendantów głównych polskiej Straży Pożarnej. Odrębne pomieszczenie poświęcono wielkim katastrofom: awarii elektrowni jądrowej w Czarnobylu, tragedii World Trade Center, wielkim powodziom w Polsce. Piorunujące wrażenie robi wypalony w czasie ataku ognia autentyczny wóz bojowy, opodal widzimy wyposażenie strażaków radzieckich, którzy ginęli w czasie dramatu czarnobylskiego i amerykańskich - oddających swoje życie 11 września. PRZYJAŹNIE I KOMPETENTNIE

Działające od września 1975 roku Centralne Muzeum Pożarnictwa przystosowane jest do obsługi turystów niepełnosprawnych. Przygotowano bowiem odpowiednie podjazdy i windy. Bezpiecznie czuć mogą się także rodziny z niemowlętami - w razie potrzeby czeka specjalny stół do przewijania pociechy. Dzieciom nieco starszym Muzeum oferuje trwające 40 minut lekcje na temat (między innymi) europejskiego numeru alarmowego 112, o osobistym ubraniu strażaka, o tym jak powstaje pożar czy też zajęcia na temat historii śląskiego pożarnictwa. Szkoły mogą też zamówić lekcje plenerową w Miasteczku Pożarniczym na terenie Muzeum. Doskonałym - choć prostym - pomysłem na poglądowe przedstawienie pracy strażaka są obudowane schody: wystylizowano je na płonący budynek. Już samo wejście na szczeble drabiny daje obraz warunków pracy podczas pożaru. Muzeum prowadzi także liczącą kilka tysięcy woluminów bibiotekę, która zawiera między innymi strażacką prasę - numery "Strażaka", "Przeglądu Pożarniczego" czy "Magazynu 998". Korzystać z wydawnictw można na miejscu, po uzyskaniu zgody kierownictwa placówki. Samo Muzeum wydaje "Muzealny Rocznik Pożarniczy" zajmujący się problematyką historii straży. Od końca XX wieku mysłowickie CMP ma swój oddział zamiejscowy - Wielkopolskie Muzeum Pożarnictwa w Rakoniewicach. Centralne Muzeum Pożarnictwa jest jednostką organizacyjną Państwowej Straży Pożarnej. W NAKLE: PAŁAC JAK Z DISNEYA

Kiedy Hugo von Donnersmarck (reprezentant siemianowickiej gałęzi rodu) zakończył w 1856 roku budowę nakielskiego pałacu, przeznaczył go na swoją letnią rezydencję. Lecz współczesny kształt budowla zawdzięcza jego synowi Łazarzowi IV, który rezydował tam już na stałe. Architekci piszą iż obiekt jest: dwukondygnacyjny ze szczytami schodkowymi, wieżą czworoboczną, ze sterczynami i blankami oraz helmem namiotowym. Pod wieżą znajduje się kaplica pałacowa, nad wejściem od strony północno - zachodniej kartusz herbowy oraz narożny ryzalit z hełmem ostrosłupowym. Lazarus von Donnersmarck pochowany jest w mauzoleum obok nakielskiego kościoła, który zresztą ufundował w 90% - resztę środków zebrali mieszkańcy. Losy pałacu to swoista mieszanka. Szczęściem obiektu był fakt, iż ominęła go wojenna zawierucha i los pobliskiego Małego Wersalu w Świerklańcu. Pechem możemy nazwać zamknięcie obiektu dla odwiedzających na długie lata oraz widoczne i postępujące popadanie w ruinę. Po wojnie mieściła się tutaj szkoła rolnicza, która dość szybko dorobiła się własnych budynków - położonych już poza murami przypałacowego parku. Neogotycka budowla może zachwycić swoją lekkością i pięknem - zwłaszcza jeśli wyobrazimy sobie jak mogłaby wyglądać po solidnym remoncie. Nakielski pałac znalazł się wśród obiektów oferowanych do sprzedaży amerykańskiemu gwiazdorowi - Michaelowi Jacksonowi, jednak do transakcji nie doszło. MIĘDZY TRZEMA BRAMAMI

Zaledwie 400 na 500 metrów liczy prostokąt w którym zamyka się park otaczający pałac. Cały teren ogrodzony jest charakterystycznym murem z kamienia wapiennego - nic w tym dziwnego jeśli zauważymy, że Hugo Donnersmarck eksploatował w Nakle złoża tego surowca. Gdzieniegdzie na ścieżkach znajdziemy jeszcze lśniące kawałki szlaki hutniczej, którym swego czasu utwardzano alejki. Drzewostan parku - wśród drzew znajduje się wiele dębów - jest już stary i podatny na wszelkiego rodzaju zagrożenia. Po większych wichurach widzimy tam mnóstwo leżących na trawie konarów. Osiem hektarów parku może się jednak podobać - zwłaszcza wiosną i jesienią. Najbardziej widowiskowa z trzech prowadzących do obiektu bram jest północno - zachodnia: połączona z domkiem dla służby i wychodząca na główną, przechodzącą przez Nakło drogę. Uważny obserwator zauważy w nakielskim parku wiewiórki, sporo jest też różnorakiego ptactwa. Na ogół w parku jest pusto - przechodzą tędy uczniowie Szkoły Rolniczej, rzadziej mieszkańcy Nakła. Stan taki zapewne trwałby długo, gdyby w pałacu nie pojawił się Stanisław Trefoń ze swoją kolekcją obrazów i innych dzieł sztuki. WSZYSTKIE BARWY ŚLĄSKA

Stanisław Trefoń od dziesięcioleci kolekcjonował wszystko to, co nazwać można śląską sztuką nieprofesjonalną. Oglądał, oceniał, rozmawiał, a przede wszsytkim - kupował. Przez długi czas kolekcja nie mogła znaleźć swojego miejsca na ziemi, aż w ostatnich latach udało się wystawić ją w nakielskim pałacu. Sztuka nieprofesjonalna pojawiła się na Górnym Śląsku - jak wiele innych cennych spraw - na przełomie XIX i XX wieku za sprawą Związku Lubowników Sztuki Zastosowanej w Lipinach. Do tradycyjnych śląskich "ptoków" - często prostych i ludycznych, jak skat czy hodowla gołębi i królików, doszły kolejne - malowanie czy rzeźba. Teofil Ociepka, Paweł Wróbel, Erwin Sówka - to najbardziej znane nazwiska reprezentujące dziś nurt śląskiej sztuki nieprofesjonalnej. Nasycenie barwami, realizm oraz rejestrowanie scen codziennego życia Górnego Śląska są podstawowymi cechami tej twórczości Trefoń zgromadził ponad dwa tysiące prac: ponad połowa to obrazy olejne, są licznie reprezentowane grafiki i ponad sto pięćdziesiąt rzeźb. Czasem zdarzało mu się odnajdywać obrazy na strychach, chlewikach, w komórkach, czasem dzieła pełniły rolę drzwiczek w króliczej zagrodzie. Galeria mieści się w zaledwie kilku pomieszczeniach obiektu - inne sale wymagają remontu. Mniej więcej co miesiąc zmienia się ekspozycja czasowa, ale zawsze jest co obejrzeć. Wystawy zwiedzać można od wtorku do piątku w godzinach 10.00 - 16.00 oraz w sobotę i niedzielę w godzinach 12.00 - 17.00; szczegółowe informacje uzyskamy dzwoniąc na numer 0-32 284 59 78. Obok pałacu znajduje się parking dla gości Galerii "Barwy Śląska". BAZYLIKA MNIEJSZA CUDOWNY OBRAZ

Z Tarnowskich Gór do Piekar co roku podąża jedna z najstarszych pielgrzymek ślubowanych na świecie. Historia pielgrzymki rozpoczęła się w 1676 roku, gdy po bezskutecznych modłach do innych świętych - za wstawiennictwem Piekarskiej Pani ustąpiła epidemia cholery. Miasto ślubowało wówczas co roku udawać się z dziękczynną procesją do obrazu i obietnicy tej dotrzymuje do dziś. Cudowną moc wizerunkowi Matki Boskiej Piekarskiej potwierdzono w 1680 roku, gdy w czeskiej Pradze - po wprowadzeniu wizerunku z Piekar w uroczystej procesji do katedry - ustąpiła zaraza pustosząca gród nad Wełtawą. Podczas wojny północnej w 1702 roku obraz znalazł się w Opolu, liczne konflikty zbrojne sprawiły bowiem, że w niewielkich Piekarach znajdował się on w ciągłym zagrożeniu; dziś w bazylice oglądamy więc kopię. Bazylikę w której przechowuje się obraz konsekrowano w 1849 roku, jest to kolejna świątynia zlokalizowana w tym miejscu. Budowla jest mieszaniną różnych stylów architektonicznych z przewagą neoromańskiego. Charakterystyczne są dwie widoczne z dala wieże. Wchodząc do świątyni odnosi się wrażenie, iż jest to kościół trzynawowy. Faktycznie jest jednonawowy, z sześcioma wnękami na ołtarze boczne. Według planów niestrudzonego kapłana który był motorem budowy, księdza Ficka miał to być kościół obszerny ze względu na pielgrzymki. Mimo to już po 40 latach trzeba było go rozbudować, między innymi o wnęki ołtarzowe. Oficjalną nazwa świątyni to Bazylika Najświętszej Marii Panny i św. Bartłomieja. OSTATNIA NIEDZIELA MAJA

Piekary Śląskie są - zgodnie ze stwierdzeniem przedwojennego biskupa Augusta Hlonda - sercem Górnego Śląska - najważniejszym miejscem pielgrzymkowym. To tu w każdą ostatnią niedzielę maja przychodzą wielotysięczne pielgrzymki mężczyzn do Matki Miłości i Sprawiedliwości Społecznej, w sierpniu - przed obliczem Piekarskiej Pani licznie gromadzą się pątniczki. W latach socjalizmu piegrzymki do Piekar stawały się manifestacjami przywiązania do katolicyzmu, wielokrotnie do pielgrzymów zwracał się tu - jeszcze jako biskup - papież Jan Paweł II. Z listem do pątników zwraca się także zwyczajowo aktualny papież: list odczytywany jest z kalwaryjskiego wzgórza - w maju 2008 roku wysłuchało go niespełna sto tysięcy wiernych. Pielgrzymki Mężczyzn i Młodzieńców nie mają tak długiej tradycji jak tarnogórska pielgrzymka ślubowana - odbywają się od kilkudziesięciu lat. Wrosły już jednak mocno w charakter miasta i sprawiają, że Piekary coraz bardziej przypominają światowe ośrodki kultu maryjnego - także za sprawą rozbudowującego się zaplecza turystycznego. CIASNA ALE PIĘKNA

Pomysłodawcą budowy kalwarii w Piekarach był (podobnie jak w przypadku bazyliki) ksiądz Alojzy Ficek - znany także z bardzo skutecznych krucjat antyalkoholowych. Obiekt znacznie różni się od tego, co widzą odwiedzający inne polskie kalwarie: naszą wciśnięto dosłownie na niewielkim obszarze w samym środku miasta. Różnica jest jeszcze jedna - piekarskiej kalwarii nie ufundował - jak to często bywało - możny magnat, wzniesiona została staraniem samych wiernych. Na terenie kalwaryjskiego wzgórza znajduje się 14 kaplic - stacji Drogi Krzyżowej. Zbudowane są w różnych stylach architektonicznych i w urozmaiconym układzie urbanistycznym. Istnieje też wiele innych kaplic przedstawiających sceny z ostatnich dni Odkupiciela, a więc scenę przed wyrokiem wydanym przez Poncjusza Piłata. Są także tak zwane gradusy czyli stopnie (schodki). Jest też kaplica świętej Heleny i grób Matki Bożej; dwukondygnacyjny pałac Kajfasza. W części górnej przedstawiono scenę z przesłuchania zaś w dolnej, przypominającej areszt, znajduje się postać związanego Chrystusa przetrzymywanego tam do ostatniego dnia. W kaplicy tej są ponadto witraże z historycznymi scenami jak zaparcie się św. Piotra. Dwupoziomową także budowlą jest kaplica Piłata. Tuż obok - gradusy do złudzenia przypominające słynne Scala Sancta w Stolicy Piotrowej, a nawiązujące do schodów w jerozolimskim pałacu Poncjusza Piłata. Jest też kaplica przypominająca okazałym wyglądem królewski pałac Heroda. W jej wnętrzach - pomieszczeniach i niszach bocznych ukazano wydarzenia z czasów panowania władców żydowskich - Heroda Wielkiego, Heroda Antipasa, Heroda Agrypy. W PIEKARACH ŚLĄSKICH: W PSARACH: REZERWAT GÓRA GROJEC PRZEPIĘKNY WIDOK

Góra Grojec znajduje się na północy Górnego Śląska, a dokładnie w miejscowości Psary - powiat lubliniecki. Wchodzi w skład Garbu Woźnickiego. Ten rozpoczyna się już od Zawiercia i przebiega w kierunku północno-zachodnim przez Woźniki i Lubliniec, zanikając stopniowo w okolicy Kluczborka. Grojec wraz z sąsiednią, oddaloną o niecały kilometr Górą Lubszecką, jest najwyższym wzniesieniem garbu, a drugim Górnego Śląska. Liczy sobie 365 m n.p.m. ustępuje tylko Górze Świętej Anny, która ma 406m. Podłoże wzgórza jest wapienne. Grojec od wzniesienia w Lubszy bardzo łatwo odróżnić. Mimo iż ich wysokość jest identyczna, Grojec jest wzgórzem majestatycznym, na szczycie porośniętym gęstym lasem. Góra Lubszecka nie jest zaś porośnięta, za to na szczycie zainstalowano tu dwa maszty. Wędrówkę na górę rozpoczynamy jeszcze w Psarach. Najlepiej dojechać tu, skręcając w Lubszy . W miejscowości tej, zaraz przy skrzyżowaniu w kierunku Psar możemy zobaczyć szkołę, gdzie uczył dawny działacz i popularyzator kultury śląskiej Józef Lompa. Gdy już dotrzemy do Psar, przed dawnymi torami kolejowymi, które dziś już nie istnieją, ale można jeszcze poznać gdzie przebiegały, musimy skręcić w lewo. W tym miejscu zatrzymujemy się i resztę drogi pokonujemy już pieszo. Na Grojec warto się wybrać w dobrą pogodę, gdyż w czasie wędrówki na szczyt, możemy podziwiać naprawdę wspaniałe widoki. Spoglądając w kierunku południowym, od razu rzucą nam się w oczy kominy Huty Cynku i Ołowiu w Miasteczku Śląskim. To nie wszystko, dalej bez problemu zauważymy też kominy tarnogórskiej fabryki Fazos. Przy pomocy lornetki możemy również podziwiać inne zakłady przemysłowe Górnego Śląska. Szczególnie dobrze widać stąd również wieżowce tarnogórskiego osiedla - Osada Jana. REZERWAT

Gdy już upoimy się widokami, wtedy wejdziemy w zalesioną część góry, gdzie w 1996 został utworzony rezerwat leśny. Ma on powierzchnię 17,53ha. Możemy tutaj znaleźć liczne zagłębienia, leje, doły oraz kopcowate pagórki. Przedmiotem ochrony w rezerwacie jest wielogatunkowy starodrzew lasu mieszanego. Znajdują się w nim: klon jawor, dąb szypułkowy, grab zwyczajny, buk zwyczajny, świerk pospolity, dąb czerwony, lipa drobnolistna, jodła pospolita, lipa szerokolistna. Wśród wymienionych drzew znajdują się okazy które mogą mieć od 100 do 200 lat. Najstarsze drzewa zlokalizowane są w środkowej części rezerwatu. Tutejsze jodły są zaś najwyższe ze wszystkich i sięgają do 30m. Flora roślin naczyniowych rezerwatu liczy ponad 135 gatunków, wśród nich 4 są objęte ścisłą ochroną. Należą do nich rośliny takie jak: wawrzynek wilczełyko, bluszcz pospolity, lilia złotogłów i kruszczyk rdzawoczerwony oraz grzyb sromotnik bezwstydny. 8 innych gatunków jest objęte ochroną częściową i należą do nich: porzeczka czarna, kruszyna pospolita, kalina koralowa, kopytnik pospolity, przylaszczka pospolita, pierwiosnek lekarski, przytulia wonna i konwalia majowa. Na terenie rezerwatu żyją takie zwierzęta jak: bażant łowny, czyż, dzięcioł duży, słowik rdzawy, ropucha szara, żmija zygzakowata i padalec zwyczajny. MIEJSCE TAJEMNICZE I LEGENDARNE

W lokalnej kulturze o Grojcu krąży wiele domysłów i legend. Wzgórze to od zawsze budziło w ludziach jakiś irracjonalny respekt i może właśnie dlatego pojawiło się na jego temat tak wiele opowieści. Historycy snują domysły, iż około 400 r. p.n.e. góra ta mogła pełnić rolę ośrodka kultowego, tak jak np. Łysa Góra w woj. Świętokrzyskim.
Wtedy w okolicy Grojca istniało kilka sadyb ludzkich kultury łużyckiej, szczególnie na terenie dzisiejszego Piasku. Jednak to szczyt góry kryje w sobie największe tajemnice. Znajduje się tutaj krater, który jest pozostałością po kamieniołomie z XIX wieku. Z jego istnieniem wiąże się jedna z najstarszych legend spisana przez Józefa Lompę, która mówi o tym, że w średniowieczu na górze istniał zamek. Niestety przez złe zachowanie królewny, która nie słuchała rodziców zamek się zapadł. Grojec to inaczej gród, czy grodzisko. Pochodzenie nazwy góry, może być ściśle związane z jeszcze inną legendą. Podobno na górze istniał kiedyś gród, gdzie miejscowa ludność broniła się przed Tatarami. Ci podczas najazdu w końcu go zdobyli i doprowadzili do całkowitego zniszczenia. Jeszcze inna opowiada jak znalazł tu schronienie rozbójniczki ród Drogosławiczów, który został pokonany w końcu przez wojska Kazimierza Sprawiedliwego. Wtedy też grodzisko zostało zniszczone. Mówi się też, że istnieją tu podziemne przejścia i tunele, które prowadzą aż do kościoła w Lubszy i do Psar. W PSZCZYNIE: ŚRÓDMIEŚCIE RYBY, RZEMIEŚLNICY I HANDEL

Aktywności dawnym mieszkańcom Pszczyny możemy pozazdrościć: usiana niewielkimi pagórkami dolina, w której rozłożyło się miasto, od stuleci była miejscem hodowli ryb. Wiele okazów trafiało na stoły Krakowa, bo i handel kwitł tutaj znacznie lepiej niż gdzie indziej. Nie tylko za sprawą legendarnych jarmarków - noworocznego, w dzień świętej Jadwigi oraz w dniu świętego Wita. Przede wszystkim dlatego, że miasto leżało na odwiecznym szlaku handlowym między Morawami a Małopolską. Wizyty kupców sprzyjały rozwojowi miasta i tworzyły miejsca pracy: przy obsłudze konnego ruchu czy wytwarzaniu sprzedawanych później daleko poza Pszczyną dóbr. Pracowali tu liczni cieśle, kowale, krawcy, szewcy, rzeźnicy, piekarze, sukiennicy - pamięć o nich przetrwała w nazwach ulic pszczyńskiej starówki. Choć po pożarze w 1748 roku nie zachował się ani jeden dom ścisłego centrum miasta, wcześniejszy układ ulic w niemal niezmienionym kształcie możemy zauważyć i dziś. Spacer najlepiej zacząć od najważniejszego deptaka Pszczyny - ulicy Piastowskiej, gdzie w kamienicy oznaczonej numerem 26 mieści się Muzeum Prasy Śląskiej. Pierwsze urządzenie do drukowania znajdziemy już przed wejściem do uratowanego staraniem lokalnych działaczy budynku. Oprócz materialnych świadectw bujnego życia kulturalnego miasta związanych z wydawaniem gazet znajdziemy tam także izbę Georga Philippa Telemanna - mistrza niemieckiego baroku, który (szczególnie w miesiącach letnich) chętnie odwiedzał Pszczynę. Muzeum posiada cenne organy z 1783 roku oraz zestaw dworskich instrumentów muzycznych. DAISY NA ŁAWECZCE

Zamykający z drugiej strony ulicę Piastowską rynek tętni życiem przez cały rok. Zimą można sprawdzić tu swoje umiejętności na lodowisku, latem czynne są kawiarenki, a na ławeczkę zaprasza księżna Daisy von Pless. Naturalnej wielkości monument Marii Teresy Oliwiy Hochberg von Pless wykonała gliwicka fabryka pomników - Zakłady Urządzeń Technicznych według projektu pszczyńskiego artysty - Joachima Krakowczyka. Daisy rezyduje na rynku od maja 2009 roku. Za plecami księżnej znajduje się Brama Wybrańców stanowiąca najstarszą, datowaną na 1687 rok część pszczyńskiego zamku. To tutaj mieściła się siedziba strażników wybieranych do służby spośród chłopów okolicznych wsi. Wcześniej w miejscu tym znajdowała się fosa ze zwodzonym mostem: jedynym miejscem wśród mokradeł, gdzie można było dostać się suchą stopą na zamek. Rozglądając się po przestronnym pszczyńskim rynku (zdaniem niektórych - największym w regionie) bez trudu zrozumiemy, dlaczego miasto nazywano od wieków perłą Górnego Śląska. Większość budynków (zwłaszcza tych dwukondygnacyjnych) wzniesiono tu w połowie XVIII wieku. Wzrok przyciąga Frykówka - barokowa kamienica, w której niegdyś działała popularna winiarnia. RATUSZ OBOK KOŚCIOŁA

Pszczyński ratusz - choć w miejscu tym działa niemal od początku XVIII wieku - swój neorenesansowy kształt zawdzięcza przebudowie z 1931 roku. Podobne koleje losu dotknęły zlokalizowanej tuż obok świątyni rzymskokatolickiej parafii Wszystkich Świętych. Społeczność skupiona wokół kościoła w śródmieściu Pszczyny wspominana jest w dokumentach 1326 roku, jednak obecna bryła świątyni kształtowała się przez całe stulecia. Odbudowywana po pożarach (także dużych pszczyńskich pożarach w 1545 oraz w 1622 roku) zasadniczy wygląd bryły uzyskała 1754 roku, choć wieżę kościół otrzymał niespełna sto lat później. W okresie międzywojennym dobudowano jeszcze kaplicę. Dziś mówi się, że podczas licznych przebudów i renowacji budowla - w odróżnieniu od historycznego ołtarza - straciła swój późnobarokowy styl. Do 1907 roku trwała odbudowa reprezentacyjnego kościoła ewangelickiego po pożarze, który wybuchł dwa lata wcześniej. Dziś świątynia prezentuje styl neobarokowy i jest dowodem na silną obecność społeczności protestanckiej w mieście. Już właściciel Pszczyny z połowy szesnastego wieku, wrocławski biskup Baltazar Promnitz korespondował z Marcinem Lutrem, oficjalnie luteranizm wprowadził tu Karol Promnitz w 1568 roku. Silny ruch kontrreformacji sprawił, iż protestanci wyznawali swoją wiarę w warunkach konspiracyjnych i dopiero w 1746 roku konsekrowano świątynię ewangelicką. Dziś Pszczyna posiada liczącą półtora tysiąca wiernych społeczność protestancką. PAŁAC FRANCUSKI PAŁAC

Kiedy w 1303 roku po raz pierwszy wzmiankowano Pszczynę w źródłach historycznych, obronna budowla w tym miejscu już stała. Wzniesiono ją najprawdopodobniej z polecenia piastowskich książąt, by strzegła bezpieczeństwa na handlowym szlaku wiodącego z Moraw do Rusi Kijowskiej i jednocześnie pełniła rolę myśliwskiej stanicy. Na początku zamek miał konstrukcję drewnianą, murowany powstał dopiero w pierwszej połowie XV wieku. Przez wieki była to budowla prosta, wyposażona w wiele elementów obronnych: wieże, wały ziemne czy przeszkody wodne. Zamek miał na swoim koncie liczne zasługi - między innymi powstrzymanie ataku husytów w 1433 roku. Naturalnym (choć niepożądanym) motorem zmian w architekturze zamku były pożary - po każdym z nich coś przebudowywano często dodając kolejne pomieszczenia. Duży pożar odnotowano w roku 1737, wówczas obiekt zmienił swój styl na barokowy. O wyglądzie tego miejsca wiele opowiedzieć mógłby wspaniały kompozytor Georg Philipp Telemann - autor mszy, oratoriów i pasji, jedno z cudownych dzieci epoki baroku (swoją pierwszą operę skomponował w wieku 12 lat), który jakiś czas był w Pszczynie nadwornym organistą i kapelmistrzem. Pałac, który oglądamy dzisiaj zawdzięcza swój kształt koncepcji słynnego francuskiego architekta, Aleksandra Hipolita Destailleur - przebudowa odbyła się w latach 1870 - 76. To dlatego pszczyński obiekt podobny jest do osiemnastowiecznych pałaców, które oglądamy we Francji. Jednak robiący wrażenie neobarokowy pałac oglądany z zewnątrz zaczyna budzić podziw dopiero, gdy wejdziemy do środka. PRZEPYCH I OSTENTACJA

Przepych, ostentacyjne wręcz bogactwo, nieprawdopodobnie drobiazgowe zdobienia to wizytówka pszczyńskiej budowli. Nagromadzenie przeróżnych elementów jest tak duże, że aż dziw bierz, że dało się tu w ogóle normalnie mieszkać. Tak obfity wystrój raził najsłynniejszą mieszkankę pałacu - księżną Daisy. Nie było jednak wyjścia - rodzina Hochberg von Pless obnosiła się ze swoim bogactwem na każdym kroku. Hochbergowie przejęli zamek po innych znamienitych rodach - Promnitzów i książąt Anhalt Köthen - Pless, ich majątek pochodzi z wielu przeróżnych przedsięwzięć. W okresie największego rozkwitu fortuny Hochbergów, gdy byli oni bez wątpienia jedną z najbogatszych rodzin Europy ich górnośląski majątek obejmował dziewięć kopalni węgla kamiennego, dwie elektrownie, cztery cegielnie, cementownię, dwa tartaki, trzy gorzelnie, dwa kamieniołomy, garbarnię oraz dwa browary. Folwarki i nadleśnictwa będące własnością książąt Hochberg von Pless zajmowały wówczas powierzchnię 42 tysięcy hektarów. A były jeszcze dobra na Dolnym Śląsku. Władali także potężnym pałacem w Książu (Fürstenstein) - dziś trzecim co do wielkości obiektem tego typu w Polsce. Rodzinną tradycją Hochbergów było nadawanie dzieciom - przyszłym dziecicom imion Hans Heinrich - stąd oznaczanie kolejnych książąt numerami następującymi po tych imionach. Ostateczny kształt pałacu i wystrój wnętrz zawdzięczamy więc Hansowi Heinrichowi XI, następnym dziedzicem był jego syn, Hans Heinrich XV, który odziedziczył majątek wraz z pałacem w 1907 roku. W czasie I wojny światowej znajdowała się tutaj główna kwatera wojsk niemieckich frontu wschodniego. Gdy nastał wielki kryzys międzywojenny, majątek von Ples dramatycznie skurczył się. SPACER PO PARKU

Dla pałacu los był znacznie łaskawszy - szczęśliwie przetrwał on II wojnę światową, nie doświadczył powszechnych na Górnym Śląsku dewastacji, mimo że w 1945 roku działał w nim szpital wojskowy. Nie ucierpiały dwa gigantyczne lustra weneckie o powierzchni 14 metrów kwadratowych. Udało się ocalić 80% całego wyposażenia i udostępniono go zwiedzającym w niezwykle krótkim czasie - już w 1946 roku. Corocznie obiekt odwiedza około 200 tysięcy turystów, którym przede wszystkim proponuję się odwiedzenie sztandarowej wystawy stałej: "Wnętrza XIX - XX wiek" z charakterystycznymi paradnymi schodami, westybulem i komnatami. Kolejne stałe wystawy pokazują apartamenty przygotowane dla cesarza - stałego gościa rodu von Pless, gabinet miniatur oraz zbrojownię z elementami wyposażenia bojowego pochodzącymi z okresu od XVI do XX wieku. Będąc w Pszczynie nie można zrezygnować ze spaceru po pałacowym parku. Urządzony onegdaj na wzór angielski jest dziś dobrze utrzymany, wyposażony w oświetlenie, urokliwe mostki i wygodne alejki. Nie można niczego zarzucić także oznakowaniu parku - bez problemu trafimy stąd do każdego z dowolnie wybranych, atrakcyjnych punktów miasta. ZAGRODA ŻUBRÓW KUPIONE OD CARA

Gdyby Pszczyna nie posiadała swojego historycznego herbu miejskiego, bez wątpienia miejsce na nim mógłby zająć żubr. Wśród rozlicznych zwierząt zamieszkujących okoliczną puszczę żył tutaj aż do średniowiecza, gdy całkowicie zniknął z ziem dzisiejszej Polski. Powrót żubra do Pszczyny był bardzo widowiskowy: książę Hans Heinrich XI kupił cztery sztuki (samca oraz trzy samice) od rosyjskiego cara Aleksandra II z hodowli w Białowieży. Zapłacił niecodzienną walutą - dwudziestoma jeleniami z własnych lasów. Transakcji dokonano w 1865 roku - czasach, gdy zwierzęta te występowały jedynie w dwóch miejscach na świecie: na Kaukazie i właśnie w Białowieży. Objęta specjalną ochroną hodowla w Puszczy Białowieskiej była pod specjalną ochroną cara - za nielegalne zabicie żubra groziła kara śmierci, zaś na polowanie trzeba było uzyskać specjalne pozwolenie. Bajecznie bogaty i ustosunkowany Hans Heinrich Hochberg von Pless nie miał problemu ani z kupnem, ani z uzyskiwaniem kolejnych pozwoleń na polowania, gdy stado się już rozrosło. W jego majątku polował cesarz Wilhelm II Hohenzollern, co było najlepszą rekomendacją. Aleksander II i Hans Heinrich byli zresztą zaprzyjaźnieni. Mimo polowań, troskliwie doglądane przez leśników stado zwiększało swoją liczebność tak, że w 1891 hodowlę musiano przenieść w miejsce oddalone od miasta o kilka kilometrów - do Jankowic. Niestety - zbliżał się czas wojen - okresów szczególnie niebezpiecznych dla ciężkich roślinożerców. Łatwe do upolowania żubry ginęły wówczas masowo z rąk żołnierzy i kłusowników. Na egzemplarze pszczyńskie polowali nawet oficerowie wojsk rozjemczych z Francji i Włoch, którzy w 1921 roku strzegli porządku w czasie górnośląskiego plebiscytu. Drugą wojnę światową w Europie przeżyło tylko sto żubrów - 20 z nich mieszkało w Pszczynie. ZRÓBŻE MINĘ UPRZEJMĄ ŻUBRZE

Po wojnie stado znów powiększało się, zwiększała się także powierzchnia rezerwatu, w którym żubry umieszczono: od trzech hektarów w 1946 roku aż po prawie hektarów 750 dzisiaj. Cały rezerwat otoczono ogrodzeniem ze stalowej siatki. Pszczyńskie stado ma wielkie zasługi w reprodukcji żubra w Polsce - ponad 200 osobników przewieziono w inne rejony kraju, by tworzyć nowe i wzmacniać żyjące już stada. Dziś w pszczyńskim rezerwacie rezyduje stado liczące zwykle od 30 do 40 zwierząt - kilka z nich to celebryci, których oglądamy w Pokazowej Zagrodzie Żubrów. A oglądanie odbywa się w idealnych warunkach: możemy nie tylko stanąć z żubrem oko w oko ale także - dzięki platformie widokowej - obejrzeć go z góry oraz zajrzeć pod zadaszenie, pod którym zwierzęta chętnie przebywają w upalne dni. Bardzo łatwo zrobić też zdjęcia - zwłaszcza do godziny dwunastej w południe, gdy fotografujemy od strony słońca. Wizyta u żubrów to pierwszy i najważniejszy punkt programu, ale są jeszcze inne zwierzęta - daniele, jelenie, łosie, dziki i muflony w zagrodach, gęsi indyjskie i łabędzionose oraz kaczki krzyżówki - nad wodą oraz pawie indyjskie - praktycznie wszędzie, także niemal pod nogami zwiedzających. Niezależnie od kontaktu ze zwierzętami w pszczyńskiej Zagrodzie czujemy kontakt z naturą - dojście z parkingu do bramy i kasy obiektu to liczący kilkaset metrów spacer przepiękną leśną aleją, gdzie spotkać można wędkarza czy obserwatora ptaków. EDUKACJA Z ŻUBREM

Placówka prowadzi także działalność edukacyjną zapraszając przedszkolaków i uczniów szkół podstawowych na zajęcia warsztatowe. Celom tym służy nie tylko doskonałe oznakowanie Zagrody (ustawiono tam liczne tablice poglądowe), lecz także pawilon edukacyjny położony opodal wejścia głównego. Można tam obejrzeć prezentacje multimedialne bogate zwłaszcza w warstwie dźwiękowej oraz poznać wystawy poświęcone życiu zwierząt. Dopiero tam możemy obejrzeć żubra na wyciągnięcie ręki - dopiero wypchane zwierzę widziane z bardzo bliska daje pojęcie o jego faktycznych rozmiarach. W budynku edukacyjnym znajduje się jeszcze jedno arcyciekawe pomieszczenie: izba myśliwska z kolekcją broni, trofeami oraz historycznym piecem służącym niegdyś do przygotowywania biesiad po polowaniach. Znajdziemy tam też wiele detali z przełomu XIX i XX wieku. Pokazowa Zagroda Żubrów ma kilka sposobów na utrzymanie kontaktu ze swoją publicznością również na odległość - dysponuje płytami DVD z nagraniami edukacyjnym, organizuje konkursy nadawania imion małym żubrom. Warunek jest tylko jeden - imię musi zaczynać się od liter PL - takie bowiem oznaczenie otrzymała ta linia hodowlana największego ssaka Europy. W PYRZOWICACH: PORT LOTNICZY WYJĄTKOWE LOTNISKO

Choć każde lotnisko z założenia służy turystom, Katowice Airport warto odwiedzić nawet wtedy, gdy nie ma się zamiaru nigdzie lecieć. Pyrzowice to najwyżej położony cywilny port lotniczy w Polsce (303 m n.p.m.), zaś lokalizacja taka powoduje, że znacznie rzadziej niż gdzie indziej występuje tu mgła. Wiedzą o tym pasażerowie wielu lotów, którzy zamiast lądować na zamglonym Okęciu czy w Balicach, nagle i wbrew swojej woli znaleźli się na katowickim lotnisku. Pyrzowicki port jest zresztą trzecim pod względem liczby pasażerów lotniskiem (po już wymienionych) w kraju. Odprawia też rekordowe ilości cargo. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych wyglądało tutaj jak na dworcu autobusowym powiatowego miasta średniej wielkości. Liczne inwestycje szybko wprowadziły Pyrzowice do pierwszej ligi europejskich portów lotniczych. Szczególnie związane z obiektem są linie lotnicze Lufthansa (które w 1993 roku poprzez otwarcie połączenia z Frankfurtem wznowiły po ponad pół wieku międzynarodowe loty z tego portu) oraz - od 2004 roku - węgierskie linie Wizz Air bardzo mocno obecne w Katowice Airport. Dwie daty ściśle wiążą się z rozwojem lotniska - w październiku 1994 roku otwarto po modernizacji terminal A, w lipcu 2007 udostępniono podróżnym terminal B (powierzchnia łączna obu obiektów wynosi ponad 21 tysięcy metrów kwadratowych). 2008 rok był pierwszym, w którym odprawiono dwumilionowego pasażera korzystającego z lotniska w jednym roku. NIEZŁE WIDOKI

Naprawdę wyjątkowy jest jednak w Pyrzowicach liczący 180 metrów długości taras widokowy. To taras nie tylko najdłuższy w Polsce, ale i wyjątkowo wygodny, z dużymi, wysuniętymi szybami oraz miejscami do siedzenia. Bezpośrednio z tarasu można wejść do baru - na przerwę w sesji zdjęciowej obiektów latających. A pozycji możliwych do fotografowania jest na tarasie bez liku: od rękawa wskazującego kierunek wiatru, aż po lądujące samoloty pod wieloma różnymi kątami. Z tarasu świetnie widać też wsiadających i wysiadających pasażerów oraz kolejne etapy obsługi lotniskowej samolotu - tankowanie, załadunek bagażu, kołowanie. Z odległości kilkunastu metrów patrzymy wprost na załogę samolotu wykonującą procedury przedstartowe, bo maszyna niemal dotyka nosem budynku portu. Niezłe widoki ma też samo lotnisko - wciąż dobudowuje się do niego nowe elementy, ciągle mówi się o bogatych planach rozwojowych - w tym o uruchomieniu linii kolejowej do Tarnowskich Gór - specjalnie w celu wożenia towarów, które polecą dalej w świat na skrzydłach samolotów. Według niektórych koncepcji Katowice Airoport ma być największym i najważniejszym portem lotniczym w kraju, a są ku temu naprawdę poważne argumenty - od lokalizacji i dobrych warunków atmosferycznych, aż po wielką liczbę potencjalnych klientów mieszkających w bezpośredniej bliskości - jeśli dodamy Czechów którym często bliżej do Pyrzowic niż do Pragi można doliczyć się ich prawie 10 milionów. Za sprawą drogi ekspresowej S1 port ma dogodne połączenie z drogą szybkiego ruchu Warszawa - Katowice. W planach zarządzającego lotniskiem Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego jest rozbudowa płyt, dobudowanie jeszcze jednego pasa startowego oraz wzniesienie trzeciego terminalu pasażerskiego. Z GŁOWĄ DO GÓRY

W północnej części Górnego Śląska warto czasem popatrzeć w niebo - dzieje się tu całkiem sporo: na wiosnę śmigłowce dokonują zrzutów pokarmu ze szczepionką dla lisów mieszkających w lasach tarnogórsko - lublinieckich. Często zobaczyć można samolot przeznaczony do gaszenia pożarów. Licznie reprezentowane są w powietrzu aerokluby: katowicki, gliwicki czy rybnicki - niedaleko też do Aeroklubu Częstochowskiego. Od czasu do czasu majestatycznie przepłynie pod chmurami reklamowy sterowiec, coraz więcej jest prywatnych maszyn lotniczych. Choć transport powietrzny bywa uciążliwy, ludzie przyzwyczaili się tu do obecności samolotów. Nauczyły się z nimi żyć także okoliczne ptaki (w tym od lat hodowane masowo na Śląsku gołębie) - wpierw na etacie w Pyrzowicach zatrudniony był sokół, później zmieniono system na bardziej przyjazny - odstraszania dźwiękowego. Lotnisko w Pyrzowicach jest bardzo wygodne dla fanów fotografii lotniczej - spotterów. Z każdej strony (oczywiście tylko do ogrodzenia) dostać można się do pasów startowych. Miłośnicy robienia zdjęć latającym aparatom szczególnie upodobali sobie zachodnią część obiektu, gdzie lądujący samolot porusza się tuż nad głową obserwatora. Miejsce to jest prawdziwym rajem spottera w czasie pokazów lotniczych organizowanych co jakiś czas. Osobom robiącym zdjęcia samolotów przy zachodzącym słońcu polecamy północną stronę obiektu.
Full transcript